Stałość i zmienność

Stałość nie oznacza braku postępu, rozwoju, zamknięcia się w skorupie jak żółw. Stałość nie może być kamieniem u nogi, nie może podcinać skrzydeł… kto tak rozumie stałość, jako uparte  trzymanie się archaicznych reguł, ten jest po prostu zapatrzonym w siebie twardogłowcem. Przykładem niech będzie słynna Matka Teresa z Kalkuty, ogłoszona błogosławioną za jej bezprzykładne poświęcenie dla trędowatych w Indiach. Mało kto jednak wie, że ta sama Matka Teresa jak kierowniczka tamtejszego szpitala odmówiła wielokrotnie przyjęcia darowizny w postaci nowoczesnego sprzętu medycznego czy wyposażenia szpitala, bo to w jej przekonaniu było sprzeczne z koncepcją jej „poświęcenia” i ślubowanego przez nią i jej podwładnych „ubóstwa”. Nikt nie może ocenić, ilu chorym odebrała ona przez to szansę wyleczenia, ilu skazała tym samym na śmierć w mękach… ale przecież „cierpienie uszlachetnia”…?

Stałość oznacza wiarę w ideały. Ale nie ślepą, lecz nieustannie się rozwijającą i doskonalącą. Stałość oznacza wyciągać rękę do gwiazd – kiedyś były to ogniki na niebie, dzisiaj wiemy, że to są odległe słońca, wokół których krążą planety, księżyce…

Są aktorzy, którzy całe życie grają podobne role… amantów, buntowników albo życiowych nieudaczników. Tragiczne, komiczne… a kiedy raz odważą się zagrać inną rolę, będą piętnowani za „zmienność”. Inni wcielają się z każdą rolą w inne postacie, wydobywają z każdej głębiny uczuć i bezkresne horyzonty myśli… grają nawet postacie odmiennej płci… postacie, które różnią się diametralnie od ich własnych osobowości. Ale czy oni są przez to zmienni? Czy, kiedy zmywają z twarzy szminkę i wracają późno w nocy do domu, czy są za każdym razem inni? Niekoniecznie…

Są poeci, którzy opiewają piękno i tacy, którzy szokują obrazami trudnymi, kontrowersyjnymi. Są tacy, co piszą wzniośle i tacy, co używają języka ulicy. Nikt nie nazwie Mickiewicza infantylnym, tylko ze wzgłędu na to, że gdzieś w „Dziadach” opisuje Zosię:

„Na głowie ma kraśny wianek,
W ręku zielony badylek,
A przed nią bieży baranek,
A nad nią leci motylek.”

… ale oczywiście, co wolno wojewodzie, to nie tobie, kasztelanie…

Życie nie jest idyllą i poezja, która jest autentyczna, musi być zmienna, jak życie. Musi reagować na przepływ czasu, uwieczniać chwilę, jak zdjęcie. Tak, jak i zdjęcie, może wiersz być udany, albo i nie. Prześwietlony, przekontrastowany. Czarno-biały. Czasami nawet musi być taki, jeżeli poeta chce coś więcej pokazać, niż tylko opis jakiegoś momentu, jakiegoś uczucia. Musi być porywający, czasem kontrowersyjny. Czasem przyziemny, żeby zwrócić uwagę na zaczarowaną grę obłoków – albo odlotowy, żeby uświadomić odbiorcy szarość rzeczywistości. 

Codziennie rano wychodzę do ogrodu… te same drzewa, te same krzewy… jeżeli pominąć wpływ pór roku i pogody, to nic się przecież nie zmienia… a jednak każdego ranka mam inne impresje, inne uczucia, patrząc na ten ogród. Bo każdego ranka jestem bogatszy o doświadczenie, przeżycia, emocje. Pewnego dnia zbaczę, że na pobliskiej sośnie uwiły gniazdo sroki. Że uschła gałąź rosnącej przy murze jabłoni. I może napiszę wtedy wiersz o przemijaniu, wiersz pełen smutku – choć przecież jestem szczęśliwy, zakochany i kochany przez najcudowniejszą kobietę w całym uniwersum… skądże więc ten smutek?

Mam oczy otwarte – i serce… patrzę, chłonę otaczający mnie świat… wybiegam daleko, w nieznane… i zawsze wracam do niej, do tej jedynej, która jest moją ostoją, stałym punktem w wirującym wszechświecie. Tak, jak i ja jestem dla niej stałym punktem w jej wirującym wszechświecie. Nawet, jeżeli czasem sama w to wątpi.