No i mieszkam…

… w moim nowym mieszkanku.

W sobotę był pierwszy dzień „poza domem” – M. nie mógł już wytrzymać, i przyjechał późno wieczorem – i dobrze, bo w tym całym chaosie czułam się taka zagubiona… więc najpierw wypłakałam mu się „w kamizelkę” a potem zabraliśmy się wspólnie do urządzania naszego gniazdka. Godzina za godziną mijały, a sterta worków i kartonów stawała się coraz mniejsza – już w niedzielę wyglądało to wszystko dużo lepiej. Na poniedziałek wzięłam wolne i cały dzień składaliśmy rzeczy – ja zajęłam się pokojem (dobrze, że mam ogromną szafę) a M. kuchnią, przy czym oczywiście pomagaliśmy sobie nawzajem.

We wtorek miałam już nawet moją toaletkę z lustrem i obrazy na ścianie, moje firanki, zasłonki w kuchni… jak jeszcze poprzedni lokator zabierze resztę swoich rzeczy, to pokój będzie wyglądał całkiem przyzwoicie. Myślę, że będę się tu dobrze czuła – tym bardziej, że pierwsze dni i noce spędziliśmy tu razem – na każdym kroku jest niejako ślad M. – jego obecność tutaj. A może już niedługo znowu się zobaczymy.

Dzisiaj M. pojechał rano z powrotem – oboje chcielibyśmy, żeby mógł tu zostać dłużej (nawet na zawsze), ale teraz jeszcze za duże ryzyko. I tak los jest dla nas bardzo łaskawy.

W weekend odwiedzi mnie M., moja najlepsza przyjaciółka. Cieszę się – mam nadzieję, że jej się  u mnie też spodoba. Brakuje jeszcze kilka „drobiazgów” … tu jakaś półeczka, tam regalik… no i nie mam jeszcze internetu, ani telefonu. Ale mam w miarę wszystko rozpakowane i najważniejsze: święty spokój! To moje mieszkanko i nikt nie ma tu nic do powiedzenia!

Mieszkanko

Mam już moje mieszkanko – przez kilka najbliższych miesięcy będzie to mój dom…

Dzisiaj poprzedni lokator przekazał mi klucze – jeszcze zostało kilka jego rzeczy, które odbierze jutro, ale już mogę się tam zacząć czuć u siebie… zwozić moje rzeczy… włączyłam już ogrzewanie i lodówkę. Do łazienki M. przywiezie mi taką dmuchawę… sama jeszcze nie wiem, co będę potrzebowała…

Najważniejsze, że mam w końcu możliwość się wyprowadzić – całkiem realnie i namacalnie.

Sylwester

… jest zwykle okazją nie tylko do radosnej zabawy przy szampanie, ale także do wszelkiego rodzaju podsumowań – mój Sylwester stoi pod znakiem przemian, przemian na skalę mojego całego przyszłego życia.

Podjęłam już decyzję – los tak chciał, niejako popchnął mnie w tym kierunku. Zadecydował za nas, kiedy miał być ten „właściwy” moment, na który chcieliśmy czekać z uchwyceniem w ręce cugli rydwanu naszej przyszłości. Decyzja zapadła i każda obelga, każda szykana, która mnie spotyka, utwierdza mnie w przekonaniu o słuszności mojej decyzji.

Czasem jeszcze współczuję J. – w końcu to nie tak łatwo odejść od kogoś, z kim przeżyło się tyle lat. Kiedy jest wściekły i wyzywa mnie od najgorszych, to mogłabym zabrać rzeczy i odejść bez słowa i bez cienia współczucia… ale kiedy on robi z siebie takiego skrzywdzonego, biednego – a ja wiem, że on beze mnie to będzie naprawdę biedny, z niczym sobie nie poradzi, do tej pory ja troszczyłam się o wszystko – to żal mi go, czuję się trochę winna i zastanawiam się, czy mój wybór jest słuszny… nie znaczy to, że wątpię w moją przyszłość z M. czy w jego uczucia, ale po prostu ciężko mi na sercu. M. to rozumie – dobrze jest mieć tę świadomość, że on mnie rozumie, popiera w każdej sytuacji, że mogę liczyć na niego, cokolwiek uczynię, czy postanowię.

Trochę się boję najbliższych dni. Dzisiaj może zostanę sama w domu z J. – mam się zaopiekować wnusią, żeby mojej dzieci mogły pójść się bawić. Mam nadzieję, że obecność N. będzie dla J. przeszkodą, żeby zacząć się awanturować. Może zajrzy jeszcze B.? Za to od niedzieli zostanę już sama z J., a ten odgraża się ciągle, że zamieni moje życie w piekło… chciałabym jak najszybciej się stamtąd wyprowadzić, tym bardziej, że dookoła mieszka jego rodzina, z teściową na czele, która już też udowodniła, że w obelgach i w oszczerstwach niczym J. nie ustępuje – cóż, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Czy w razie czego mogę liczyć na pomoc ze strony K. albo D.? Mam nadzieję… ale lepiej będzie, jeżeli sama się zabezpieczę, na przykład nosząc ciągle przy sobie gaz łzawiący. W razie czego zawsze mogę wezwać policję, a wtedy on będzie miał przechlapane.

No, ale dość rozmyślań – czas powoli przygotować coś na wieczór. W końcu ja też chcę trochę poświętować i przywitać ten Nowy Rok. Ten rok, który przyniesie nam spełnienie marzeń… przynajmniej tych najważniejszych… mam nadzieję… na razie…

Pierwszy dzień Świąt

Dzisiaj już mi trochę lżej… po nocnym pisaniu i po rozmowie z M. trochę się uspokoiłam. A byłam tak roztrzęsiona, rozżalona, zapłakana… jak można po trzydziestu latach mojego codziennego trudu, moich starań, dogadzania jemu i dzieciom na każdym kroku, temu wszystkiemu zaprzeczyć? Powiedzieć, że zawsze byłam brudaską, nie dbałam o niego, że w głowie mi tylko „k…stwo” – nawet nie wiem już, jakich słów użył, ale na pewno bardzo bolesnych i obelżywych… zagroził mi jeszcze, że teraz będzie tak codziennie i że zabierze mi auto. I że sprowadzi sobie kogoś, kto o tę nową kuchnię będzie dbał, i o niego, będzie mu prał i gotował – i że ma już kogoś takiego, od dawna! Jeżeli tak  jest, to jest to wspaniały przyczynek do rozwodu… zresztą M. i tak nigdy nie wierzył w jego „wierność” i niewinność… ale mniejsza z tym… A ja nawet go żałowałam! Teraz dostaję w skondensowanej formie to wszystko, co było moim udziałem przez tych trzydzieści lat: obelgi, kłamstwa, brak zrozumienia, niedocenianie moich starań, egoistyczne traktowanie mnie jak niewolnicę, jak własność. Ale już teraz z tym koniec.

Najważniejsze teraz, to nie dać sobie zepsuć reszty Świąt. Ani sobie, ani dzieciom. Jednak niech wiedzą, niech się przekonają, jakie było i jakie jest moje życie. Że to nie przypadek, że wszyscy oddychali z ulgą, kiedy wyjeżdżał.

M. jest pewien, że damy sobie radę. Damy. Najważniejsze jest to, żebym uświadomiła sobie moją niezależność, moją przewagę. Żadne jego szykany, żadne represje nie mogą mnie dotknąć ani złamać. Będę bronić mojego prawa do życia, prawa do bycia szczęśliwą bez lęku, że jutro ktoś wystawi mi za to szczęście słony rachunek.