Wielkanoc

To chyba dobrze, że właśnie po smutnym wpisie o śmierci bliskiej osoby mogę napisać kilka optymistycznych słów o święcie nadziei i odradzającego się życia – o Wielkiej Nocy.

Dekoracje już mamy zrobione – jak zwykle moje Kochanie najpierw posprzątało wszystkie kąty, a potem wyczarowało magię świąt na wszystkich oknach kolorowymi jajkami i kurzczątkami żółtymi, jak kaczeńce. Zakupy też właściwie już zrobione, jeszcze podjadę do naszego Bauera dokupić jajka, pomidory i warzywa na sałatkę. No i mojego ulubionego sera z kozieradką.

Jola właśnie krząta się w kuchni i marynuje śledziki z cebulką, potem będzie robić śledzia pod pierzynką.

Święta, święta…

… i po świętach. W tym roku zostaliśmy w domu na sylwestra – po czterech z rzędu pobytach w hotelu „Dziki Potok” w Karpaczu postanowiliśmy dla odmiany przywitać Nowy Rok w domowych pieleszach. Ale jeszcze przedtem – Boże Narodzenie…

Czytaj dalej „Święta, święta…”

Święta, święta i po swiętach…

20.12.12 wyjechaliśmy ze Zdzisiem do Irlandii w odwiedziny, a właściwie z „misją”. Misja miała w założeniu pomoc i zorganizowanie chłopakom: Pawłowi i Dawidowi świąt, a w głównej mierze opieka nad Ninusią i trochę bliskości z wnusią. W pracy, przed wyjazdem był młyn. Jestem tylko jedna na tym stanowisku i nikt mnie nie zastąpi a terminy gonią i zawsze dochodzą nowe sprawy, tyle na mojej głowie… Ze względu na mój wyjazd,  w zorganizowaliśmy wigilię w ostatni dzień mojej pracy. Zdzisiu już był, wiec zaprosiliśmy go do nas z gitarą. Ja zrobiłam sałatkę „śledź pod pierzynką”, Zdzisiu przywiózł winka… Każdy miał przydzielone zadanie. Było bardzo miło, ciepło. Jedliśmy, piliśmy i pod koniec śpiewaliśmy kolędy  przy akompaniamencie Zdzisia. Ja trochę byłam rozbiegana, ponieważ jak zwykle doszło jeszcze parę spraw, choćby zbiórka na PZU, a tu jeszcze trzeba coś wysłać, tu pokwitować, opłacić itp.,  itd…
Wylatywaliśmy z rana, po drodze zabraliśmy koleżankę Ewy Majki, którą zaopiekowaliśmny się na prośbę Ewy. Lot był opóźniony godzinę. W samolocie miałam dobre miejsce przy oknie, Zdzisiek zarezerwował tym razem miejsca i nie musieliśmy się stresować, było bardziej komfortowo. Na lotnisku czekał Paweł z Niną, była słodka. Tylko dopytywała się: „Bacia, a ciupiłaś cioś”?,  -taaaak?; -a gdzie prezent?  Przyjechalismy do mieszkania, które od niedawna wynajmuje Paweł. Mieszkanie ładne ale komfortu w nim żadnego. Brakowało wiele. Choinka była ładna. Było trochę problemów… Zdzisiu zajął się kuchnią, zagospodarował ją po swojemu. Nina jest już większa i bardziej kontaktowa, więcej mówi choć jeszcze nie całkiem wyraźnie. Jest absorbująca, lubi się bawić i wymyślać różne sytuacje. Na sukienkę mówi sienka, sio- jak chce być sama, cześć- taś… Zdzisiu ma dobre relacje z Niną, baaardzo mnie to cieszy, woła na niego wujek. Umie się z nią bawić, ma cierpliwość, dużo ciepła. Dobrze mi z nim, czuję się bezpiecznie, nawet leniwie. 
Wigilię spędziliśmy w czwórkę, z Pawłem i Dawidem. Wszystko wyszło bardzo dobre, Zdzisiu zrobił kawał  dobrejroboty. Ja tylko przyrządzałam, doprawiałam, dekorowałam. 
Był karp, barszcz z uszkami, pieczarki w smietanie, kompot z suszu, pierogi z kapusta i grzybkami, sałatka jarzynowa, galaretka z owocami i jabłecznik.
Dawid jeszcze dowiózł krewetki w cieście. Po kolacji zaserwowaliśmy drinki i obejrzeliśmy jakiś film. W pierwszy dzień świąt pojechaliśmy na wieś do Ani i Roy-a skąd mielismy odebrać Ninę. Teraz Aneta mieszka z mamą. Ania nas ugościła bardzo, Aneta za to była jakaś „fochsiasta”, niezbyt szczęśliwa. Kiedy jej mówiłam, że ma tutaj dobrze, dużą przestrzeń i pokoje, ona z przekąsem odpowiedziała: -Ale to nie moje! Straszna z niej egoistka…

Sylwester

SONY DSC

Dobiega końca ten rok … jeszcze tylko kilka godzin…

Rok ten stał pod znakiem dojrzewania. Dojrzewania uczuć, dojrzewania decyzji – zakończył się za to mocnym akcentem, który wytycza nam dalszą drogę, otwiera nam wytęsknioną szansę na połączenie naszych losów, także w codzienności.

Nie wolno nam przegapić tej szansy, ani przegrać tej niełatwej walki o naszą przyszłość. Na F. spoczywa ciężar odpowiedzialności, stawienia czoła wszystkim tym zaściankowym moralizatorom, którzy odsądzą ją (już odsądzają)  „od czci i wiary”… tym wszystkim, którzy nigdy nie byli jej życzliwi, a teraz strzępią sobie języki i rozjątrzają sytuację, jak np. jej teściowa.

Moim zadaniem jest zapewnienie nam materialnego bytu – w pierwszym etapie umożliwienie F. wyprowadzenia się z domu i zapewnienie jej mobilności. Przez pierwszych parę miesięcy F. musi mieszkać sama – na pewno sobie poradzi, może nawet trochę odpocznie, będzie miała więcej czasu dla siebie (już zapowiedziała – pół żartem – że będzie pisać książkę…) – ale następne święta będziemy już chyba raczej na pewno spędzać razem. Może jeszcze nie oficjalnie i z jej rodziną (wyjąwszy P. i A., oni od początku wykazali dużą przychylność i zrozumienie dla F. , więc jest duża szansa, że i mnie z czasem zaakceptują).

Te najbliższe dni będą trudne – kiedy F. zostanie praktycznie sama z J. Na K. i D. raczej nie ma co liczyć, każdy z nich ma własne życie i ich interesy kierują się raczej w stronę utrzymania panującego do niedawna stanu rzeczy. Mam nadzieję, że przynajmniej wystąpią w obronie F. w przypadku, gdyby J. próbował użyć wobec niej przemocy fizycznej.

Złości mnie moja przymusowa bezsilność – nie wolno mi się bezpośrednio mieszać w sytuację, żeby nie komplikować jej dla F. Mogę tylko starać się podtrzymywać ją na duchu i dodawać jej otuchy, wiary w sukces i w naszą przyszłość.  Ta bierność z konieczności podsyca mój lęk o F. – jeżeli jej się coś stanie, to niech J. się strzeże… w tym przypadku potraktuję sprawę biblijnie… oko za oko, ząb za ząb.

Pierwszy dzień Świąt

Dzisiaj już mi trochę lżej… po nocnym pisaniu i po rozmowie z M. trochę się uspokoiłam. A byłam tak roztrzęsiona, rozżalona, zapłakana… jak można po trzydziestu latach mojego codziennego trudu, moich starań, dogadzania jemu i dzieciom na każdym kroku, temu wszystkiemu zaprzeczyć? Powiedzieć, że zawsze byłam brudaską, nie dbałam o niego, że w głowie mi tylko „k…stwo” – nawet nie wiem już, jakich słów użył, ale na pewno bardzo bolesnych i obelżywych… zagroził mi jeszcze, że teraz będzie tak codziennie i że zabierze mi auto. I że sprowadzi sobie kogoś, kto o tę nową kuchnię będzie dbał, i o niego, będzie mu prał i gotował – i że ma już kogoś takiego, od dawna! Jeżeli tak  jest, to jest to wspaniały przyczynek do rozwodu… zresztą M. i tak nigdy nie wierzył w jego „wierność” i niewinność… ale mniejsza z tym… A ja nawet go żałowałam! Teraz dostaję w skondensowanej formie to wszystko, co było moim udziałem przez tych trzydzieści lat: obelgi, kłamstwa, brak zrozumienia, niedocenianie moich starań, egoistyczne traktowanie mnie jak niewolnicę, jak własność. Ale już teraz z tym koniec.

Najważniejsze teraz, to nie dać sobie zepsuć reszty Świąt. Ani sobie, ani dzieciom. Jednak niech wiedzą, niech się przekonają, jakie było i jakie jest moje życie. Że to nie przypadek, że wszyscy oddychali z ulgą, kiedy wyjeżdżał.

M. jest pewien, że damy sobie radę. Damy. Najważniejsze jest to, żebym uświadomiła sobie moją niezależność, moją przewagę. Żadne jego szykany, żadne represje nie mogą mnie dotknąć ani złamać. Będę bronić mojego prawa do życia, prawa do bycia szczęśliwą bez lęku, że jutro ktoś wystawi mi za to szczęście słony rachunek. 

Barszczyk z uszkami…

… był bardzo smaczny – a uszka po prostu palce lizać! Nic dziwnego, zrobione przez F. własnoręcznie… A i barszcz ugotowałem według jej recepty…

Nie będę tu zamieszczał relacji z mojej kolacji wigilijnej – w końcu to nic nadzwyczajnego, poza uszkami…

Wybiegam myślą do F. – co teraz robi, gdzie jest? Czy jeszcze w domu, czy już w Borowej? A może w drodze? Czy może też już usiedli do stołu? Połamali się opłatkiem? Kto i czego jej życzył? Czy wytrzymała ten trudny moment bez emocjomalnego wybuchu? Chciałbym ją wesprzeć… całym moim sercem, całą moją miłością…

Zmiana planu

Niespodziewanie nastąpiła zmiana planu – R. zadzwoniła, że tato bardzo źle się czuje i że mama na pewno nie przyjedzie do mnie na święta, więc postanowiłyśmy zabrać wszystko i pojechać do Borowej, zrobić mamie niespodziankę… Dla mnie to może i lepiej, będę się mogła wyrwać stąd… nie wiem, czy J. też pojedzie z nami… lepiej, żeby nie. Ale, jak pojedzie, to będzie wtedy na „obcym” terenie – tutaj byłby „u siebie” i mógłby coś jeszcze namieszać.

Po wielu perypetiach moje „irlandzkie” dzieci wylądowały w końcu we Wrocławiu – D. czeka na nich na lotnisku i zaraz przywiezie ich do domu.

Jeszcze dokończę sałatkę i potem tylko smażyć ryby… mięso… głowę już umyłam… Nie umówiłyśmy się na konkretną godzinę, po prostu, jak będę gotowa, zadzwonię… Dobrze, że K. teraz też ma samochód, to się wszyscy zmieścimy.

Wigilia

No i mamy Święta – jeszcze do wieczora trochę czasu, ale, jak pomyślę o tym wszystkim, co mam jeszcze do zrobienia, to za mało tego czasu, zdecydowanie za mało… Dobrze, że dzieci z Irlandii już siedzą w samolocie – będę miała na Wigilię moją wnusię 🙂

Przez chwilkę rozmawiałam z M. – powiedziałam mu, że jestem z nim cały czas – tak, jak wiem, że on jest sercem i myślą przy mnie… Teraz już zabieram się do pracy…

Karp się odnalazł

… był w lodówce, pomiędzy mandarynkami 😆

Wczoraj byłam tak nieprzytomna od tego zatrucia, że nawet nie zauważyłam go, jak wkładałam mandarynki do lodówki. Dopiero dzisiaj, jak dokupiłam jeszcze mandarynek i chciałam je dołożyć do tych, kupionych wczoraj, patrzę, a tam ogon wystaje… Zaraz obcięłam ogon i głowę, oskrobałam, natarłam „Jarzynką” – będzie karpia pod dostatkiem.

Gołąbki w piekarniku, bigos się gotuje – wszystko udało się pierwszorzędnie. M. mówi, że na pewno są pyszne – oj, łakomczuch 😆

Jeszcze tyle przede mną… sprzątanie, prasowanie obrusów… chyba całą noc będę musiała przepracować… Wiem, nie powinnam M. pytać, jak on się posuwa w pracy… czuję, że to wprawia go w zakłopotanie, bo przecież on nie ma nawet procentu tych przygotowań, co ja, a wstyd mu, że próżnuje, podczas gdy ja urabiam sobie ręce po łokcie… po ramiona 😀

Ale wiem, że będzie czuwał ze mną całą noc, nie pójdzie spać beze mnie. I że w każdej chwili będę mogła do niego zadzwonić, albo napisać… i wiem, że gdyby był przy mnie, to nie pozwoliłby mi się tak zapracować… kto wie… może już niedługo spełnią się nasze pragnienia…

Tyle jeszcze do zrobienia…

… a tak mało czasu zostało. Zakupy jeszcze zrobić – wczoraj kupiłam karpia i gdzieś go „wcięło” – M. żartuje, że pewnie uciekł… To wczorajsze zatrucie tak mnie zwaliło z nóg… potem, późnym wieczorem szukałam tego karpia, ale nie znalazłam. Tak więc kupię jeszcze jednego, żeby nie zabrakło. Ja uwielbiam karpia – bez niego nie ma dla mnie świąt!

Tuż przed wyjściem dzwonił jeszcze Paweł, musiałam napisać wypowiedzenie jego lokatorowi. Poza tym zmartwił mnie wiadomością, że mogą być kłopoty z lotem – dzisiaj jego znajomi siedzą już sześć godzin na lotnisku. M. pociesza mnie, że jutro ma w Dublinie być dużo lepsza pogoda… ale kto to tak naprawdę może wiedzieć.

Ciasta nie będę piekła, kupię u cukiernika na Psim Polu. Zamówiłam dwa kilo pieczarek, muszę odebrać. Czeka mnie jeszcze robienie gołąbków i bigosu. No i sprzątanie. Ciekawe, czy K. postawił w końcu tę choinkę… po wczorajszej imprezie pewnie jeszcze nie doszedł do siebie.

Dzisiaj będę miała pełne ręce roboty do późna w nocy. Potem pewnie padnę. Nawet w święta nie mam szansy, żeby odpocząć… chyba, że wyjdę z domu, na spacer…

M. obiecuje mi, że następne święta będą inne – na pewno będą. Wiem, że on ma na myśli to, że będziemy spędzać te święta razem, ale tego jeszcze nie można teraz z całą pewnością powiedzieć… ale tak naprawdę, to chciałabym mieć takie święta, kiedy ja nie musiałabym się o nic martwić, kiedy ktoś za mnie by wszystko zorganizował i nie zwalał wszystkiego na moją głowę… nie tylko święta, każdy inny dzień… chcę się poczuć kobietą, istotą, która – jak twierdzi M. – stworzona jest po to, by być kochaną, rozpieszczaną… Przy nim tak bym się chyba mogła poczuć…