Nocne rozterki

przecież nieba bym chciał ci przychylić a tymczasem nie udaje mi się nawet rozchmurzyć twojej twarzy kiedy myślisz o tych wszystkich problemach o tym jak przeżyć kolejny miesiąc z czego odłożyć na wakacje z czego w ogóle cokolwiek odłożyć kiedy przyjdzie zapłacić za prąd zużyty w zimie na ogrzewanie a ja chciałbym odjąć ci tych wszystkich trosk i mnie samemu jest tak trudno też liczę każdy grosz i wyrzucam sobie że wydałem za dużo pieniędzy na lekarstwa i myślę nieustannie jak rozwiązać te wszystkie problemy i jak dać ci choć odrobinę nadziei na lepsze jutro a może nawet lepsze jutro i wszystko co potrafię to wstawać rano i iść do pracy dobrze że jest ta praca ale zbyt długo czekałem zbyt długo trwało to zanim zdecydowałem ostatecznie rzucić moją działalność powinienem był to zrobić już kilka miesięcy wcześniej teraz mielbyśmy wiele za sobą i kilka wydatków mniej ale ja ciągle jeszcze miałem nadzieję że się uda że będę w ten sposób blisko ciebie ale cóż z bliskości kiedy nie ma czym zapłacić za mieszkanie kiedy nie starcza na chleb poecie to dobrze opiewać miłość żebraczą ale życie to nie poezja i miłością się nie nasycisz a ja przecież chciałbym ci nieba przychylić gwiazdkę podarować i księżyc rzucić do twoich stóp a tymczasem nie udaje mi się nawet przyjechać do ciebie choć na weekend nie wiem co będzie jutro może będę potrzebował tych pieniędzy na coś ważnego ale czy może być coś ważniejszego od twoich oczu od twoich ust od twojej przenajsłodszej i błogosławionej bliskości tak wiele mogłoby być inaczej ale jutro wstanie ten zwykły szary dzień i znowu będę pracował zamartwiał się i czekał na cud na to że wszystko się rozwiąże że dostanę kredyt albo chociaż dyspozycję na moje konto już mi dawno obiecują i ciągle coś się zmienia a sami wyrzucają miliardy na wspieranie lekkoduchów i leni a ja przecież tak niewiele bym chciał tylko wyjść z tego dołka wyjść na prostą pracować zarabiać żyć jak człowiek cieszyć się każdą chwilą a najbardziej tymi naszymi wspólnymi bo ja przecież chciałbym ci nieba przychylić a tymczasem idę spać pełen rozterek i lęku o to co będzie jutro pojutrze przy moim pechu tyle jeszcze może się przydarzyć a ja przecież chcę ci tylko powiedzieć jak bardzo ciebie kocham i wiesz że odejmę sobie od ust żeby dać ci choć cień nadziei na rozgwieżdżone niebo na wiosnę na słońce na błękitne niebo 

Dylemat

J. leży w szpitalu, ma być operowany na kręgosłup… F. dzwoniła do niego, pytała, czy czegoś potrzebuje, czy ma mu coś przywieźć, powiedział, że nie… F. jest teraz w rozterce, czy ma jechać go odwiedzić, czy nie – ja jej odradziłem i to nie dlatego, żebym mu źle życzył – wręcz przeciwnie, obawiam się jednak, że jej odwiedziny mogłyby być przez niego fałszywie zinterpretowane i dać mu jakąś złudną nadzieję… z drugiej strony przyznaję, że F. z jej dobrym i czułym sercem nie może przejść obojętnie i do porządku dziennego nad tą sytuacją, w końcu łączyły ją z J. długie lata wspólnego życia – wiele było też dobrych i pięknych chwil… pomimo tego, że on wszystko zepsuł i zniszczył… Dylemat… co F. może uczynić w tej sytuacji i czy jej akt dobroci nie przyniósłby w końcu im obojgu więcej szkody, niż pożytku? I czy wolno tę sytuację rozważać na chłodno, czy lepiej pokierować się impulsem i uczuciem? Ja osobiście zawsze jestem za kierowaniem się uczuciem, nawet, jeżeli mnie to na ogół przynosiło same szkody…

Zimno…

Przykro mi i smutno, kiedy F. żali się na jej obecną sytuację… że zimno, że ciasno… że brakuje jej przestrzeni, poczucia bezpieczeństwa w jej własnym domu, że czuje się poniżona, nie mając nic własnego… wspomina coraz częściej, jak dobrze się czuła w ogrzanych pomieszczeniach, że miała sypialnię, salon… ogród…

Przykro mi, bo nie mogę jej tego dać, ani nawet nic w zamian. Smutno, bo szkoda mi jej, bo nie takiego losu dla niej bym chciał… ale teraz nie mogę nic zmienić… Nawet świadomość, że to w końcu nie było naszym planem ani życzeniem, ale wynikiem rozwoju sytuacji, nie ułatwia mi niczego, nie zdejmuje ze mnie ciężaru odpowiedzialności…

Tego się bałem…

… że nadejdzie ten moment, kiedy J. spróbuje wziąć F. na litość… na groźbę samobójstwa… on mógłby to zrobić – nie z desperacji, ale żeby F. zepsuć życie… żeby ją napiętnować winą i zniszczyć spokój jej ducha, a tym samym jej przyszłość… nie wiem, czy ona byłaby w stanie podjąć normalne życie, mając nad sobą ten cień… pewnie tak… ale to by ją kosztowało wiele cierpień i wyrzeczeń…

Modlę się za nią, żeby miała siłę. Żeby wytrwała… Wiem, jak to trudno, nawet, jeżeli się tego kogoś nie kocha, stanąć oko w oko z groźbą samobójstwa tej osoby…

Modlę się… nic innego teraz nie mogę zrobić…

Jedno w tym wszystkim jest pewne. Cokolwiek F. postanowi, nie przestanę jej kochać. Cokolwiek się wydarzy, należę do niej. Jeżeli nie teraz, to za miesiąc, za rok, za dziesięć lat… będziemy razem…

Niedzielny poranek

Tak mi się dzisiaj jakoś nie chciało wstawać … za oknami szaro i ponuro, ani śladu zimy. Siedziałem wczoraj do późna, jakoś nie chciało mi się spać, byłem zbyt poruszony… wiem, że to moje przewrażliwienie, choć raczej nazwałbym to strachem przed utratą sensu istnienia… Bo przecież bez niej nic nie miałoby już dla mnie znaczenia…

W końcu jednak powlokłem się do łóżka i zasnąłem… i dobrze… Rano wysłałem F. smsa od M. na wszelki wypadek – dobrze zrobiłem, bo F. nie była już sama. Tak myślałem i dlatego też czekałem cierpliwie na znak od niej – i doczekałem się! Nawet mogliśmy chwilkę porozmawiać – ta rozmowa wymazała z mojego serca lęk, rozwiała chmury na moim niebie… usłyszeć z jej ust „Kochany” – to jest balsam na moją skołataną duszę…

Napisałem w nocy do NK, żeby wymazali ten wątek – szkoda, że nie można go moderować, wtedy usunąłbym sam kilka wpisów… ale lepiej jest przenieść się z moją pisaniną tu właśnie, bo, choć chciałbym wykrzyczeć światu moje szczęście, to przcież nie mogę… nie wolno mi… dla jej dobra musimy się jeszcze ukrywać z naszą miłością.

Tymczasem posyłam jej z daleka czuły pocałunek … na skrzydłach mojej tęsknoty…