Jedna z tych rozmów…

… kiedy właściwie nie ma się nic nowego, nic ciekawego od opowiedzenia, ale nie chce się jeszcze odłożyć słuchawki, bo może to już ostatnia okazja do rozmowy na dzisiaj… właściwie to chce się po prostu umilknąć na chwilę, wtulić się w siebie nawzajem, ale jak uczynić to przez telefon? Ten niedosyt drażni, powoduje, że czujemy niepokój, szukamy jakiegoś punktu zaczepienia, znajdujemy na chwilę – rozmowa ożywia się, nabiera rumieńców, żeby za chwilę znowu oklapnąć – to błogosławieństwo i przekleństwo zarazem, ta technika… daje złudzenie bliskości, nie dając jej naprawdę… drażni, nie zaspokajając… nawet czułe słowa w tym momencie są jakieś wyblakłe, bo brakuje nam dotyku, spojrzenia, tej prawdziwej, nie wirtualnej bliskości…

A po nocy przychodzi dzień…

… a po burzy spokój … śpiewała Budka Suflera. Dobrze, że umiemy rozwiązywać problemy razem, wspólnie – w rozmowie, w otworzeniu się na siebie nawzajem.

Po niezbyt dobrze przespanej, a raczej prawie nieprzespanej nocy (udało mi się zasnąć gdzieś koło czwartej nad ranem, ale budziłem się jeszcze kilka razy) trochę mi ciężko przychodzi, żeby skupć myśli na pracy. Na szczęście mam o wpół do dwunastej termin u klienta, bo chyba uległbym pokusie i położył się na godzinkę, dwie…

Poranne rozmowy

Jakże mi tego brakowało … Jej ciepłego, matowego głosu w słuchawce, jej śmiechu … opowiadań o rzeczach prostych i banalnych, codziennych – w jej ustach nabierających kolorów i tempa, wielowymiarowości i niezwykłości. Jej głód życia, intensywność odbioru każdej chwili fascynują mnie ciągle od nowa. F. jest jedyną znaną mi osobą, która potrafi tak kochać życie, jak ja – pomimo zmartwień i przeciwności losu. Jak już wiele razy pisałem – jestem prawdziwym szczęściarzem …