
Pomimo smutku jestem jakoś dziwnie natchniona i spokojna. Popijam whisky z colą i utwierdzam się po raz kolejny w przekonaniu, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Najbliższy przykład to brak w moim pokoju zasięgu w necie. Gdyby nie to, nie siedziałabym przy oknie w kawiarnianym pomieszczeniu hotelu, za którym mam wspaniały widok morza, jak na dłoni. Hotel położony jest na skarpie i siedząc przy oknie ma się wrażenie, że woda sięga budynku hotelu. Mój pokój położony jest od strony miasta i nie ma tam widoku na morze, ale to też ma swój plus, przy wczorajszym sztormie mogłam spać przy otwartym oknie, a dzisiaj czytać na balkonie. Kilkanaście minut temu zaszło słońce, nawet utrwaliłam jego zachód zdjęciami będąc na spacerze wieczornym wzdłuż brzegu morza.

Morze dzisiaj uspokoiło się znacznie. Bardzo sympatycznie i urokliwie tutaj. Jestem sama, gra telewizor, a za ścianą z akwariów (przelewanie wody dodatkowo nastraja) pani w recepcji. Piszę z moim Mężczyzną i wirtualnie jesteśmy blisko. Skończyło mi się picie, chyba czas na odpoczynek. Obawiam sie tylko telefonu, może jutro będą lepsze wieści?
