Odwiedziny

Wczoraj wieczorem, kiedy byłam na „chodzeniu” z A. zadzwonił J. z wiadomością, że mam gościa. Okazało się, że to J. z Irlandii – spóźniła się na samolot i „wylądowała” u mnie, zamiast w Cork. Lubię ją, jest wesoła, sympatyczna, pełna radości życia. Przegadałyśmy cały wieczór, do nocy, wypiłyśmy po lampce wina – została oczywiście u mnie na noc. Dzisiaj wieczorem odwiozę ją na lotnisko. Pokazywałam jej moją stronę – podobała się, ale nie miałyśmy czasu, żeby poczytać trochę jej zawartości – w końcu chciałyśmy porozmawiać. Czasami trochę zła jestem, że muszę wszystkich wozić, w końcu paliwo kosztuje (nie mówiąc już o zużyciu samochodu) i jazda przez całe miasto czasami kosztuje więcej, niż sto kilometrów po autostradzie, ale czegóż się nie robi dla przyjaciół (rodzinka i tak uważa to za rozumiejące się samo przez się…)

Dzisiaj przedostatni dzień…

… przepisywania pracy dla profesora. Nie mam zbyt dużo czasu – a raczej: wcale nie mam czasu – ale piszę tych kilka słów, bo M. już mi prawie że dokucza tym „blogowaniem” … Przyznaję, że chciałabym pisać, ale naprawdę nie mam czasu. Z drugiej strony mówi się, że jak brakuje czasu, to trzeba go sobie po prostu wziąć…

Tak więc wracam do mojej pracy – od jutra będzie już więcej luzu, to może i przeczytam to wszystko, co mój Misiu w czasie weekendu tutaj powypisywał… na poczcie też mam zaległości…

Biurko

Wybraliśmy się dzisiaj z Januszem na zakupy, to znaczy, on mnie wyciągnął. I dobrze się stało, bo kupiliśmy dla mnie biurko. Nie wiem, jak się ono zmieści do sypialni (bo chcę je mieć w sypialni), ale jakoś musi. Przesunie się coś i już.

Krzyś poleciał do Irlandii, zupełnie zapomniałam, że dzisiaj miał odlot. Nawet nie naszykowałam mu nic specjalnego na drogę…