… z F. – z jej odwagi i zdecydowania. Dzisiaj jest właśnie u psychologa, potem ma jeszcze termin z prawnikiem. Wiem, jak ją to obciąża, ale podziwiam, że ma tyle siły i woli, żeby wyrwać się z kajdanów przeszłości – mam nadzieję, że spotkania dzisiejsze umocnią ją w jej wytrwałości i determinacji.
Tag: codzienność
Dzisiaj jest dzień działania
Po wydarzeniach ostatnich dni, które – zrządzeniem losu – przyspieszyły dojrzewanie w F. potrzeby dzialania, dzisiaj rzuciła się „na głęboką wodę” i zadzwoniła do Ośrodka Wsparcia i Interwencji Kryzysowej dla Kobiet i Matek z Dziećmi – rozmawiała tam ponad dwie godziny i utwierdziła się w przekonaniu, że jest ofiarą przemocy psychicznej, i że powinna zacząć działać we własnej obronie. Rozmowa ta zakończyła się konkretnym ustaleniem terminu z psychologiem – Ośrodek pomoże też złożyć do prokuratury wniosek o ściganie i zapewni poradę prawną, co do dalszego sposobu postępowania. Przede wszystkim jednak – to najważniejsze – F. znalazła poparcie i podziw dla jej zdecydowania ze strony kompetentnej, obcej osoby – to zawsze trochę inaczej, niż wsparcie z mojej strony, czy ze strony przyjaciółek.
No i proszę – F. dostanie samochód z powrotem… Tym razem z zapasowymi kluczami, tak, że J. już jej nie będzie mógł go zabrać bez wydzierania jej kluczyków…
Kolejny tydzień
I tak rozpoczął się kolejny tydzień.
W weekend była u mnie M. – nagadałyśmy się za wszystkie czasy, siedziałyśmy w sobotę do trzeciej nad ranem. Podobało jej się u mnie, cieszy mnie to bardzo. W niedzielę odwiozłam ją do domu, po drodze zatrzymała nas policja – z powodu tych żółtych świateł w moim aucie. Na szczęście policjant był bardzo miły i w końcu pozwolił nam jechać, tylko zobowiązał mnie do jak najszybszej wymiany świateł. M. chciała mnie zatrzymać u siebie do poniedziałku, trochę też z powodu pogody (droga była bardzo śliska miejscami), ale ja wolałam wrócić do siebie – tak, właśnie tak pomyślałam… to dobry znak…
Dzisiaj w pracy smutna wiadomość: zmarła moja Pani Profesor – już od dawna chorowała na raka i w końcu choroba zwyciężyła.
Po pracy wróciłam do domu, zaparkowałam na ulicy, ale nie byłam zadowolona – moje auto było pierwsze w szeregu, zaraz za pasami, bałam się, że ktoś może mi wjechać w tył. Spróbowałam zaparkować w innym miejscu i zezłościłam się na własną nieporadność. W końcu w desperacji wjechałam na podwórko! M. już od dawna mnie do tego namawiał, ale dopiero moja własna desperacja sprawiła, że odważyłam się przejechać przez ten ciasny wjazd. Także w sumie nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. M. uważa, że nie powinnam od siebie wymagać wszystkiego – stwierdził, że mam tyle talentów, że parkowanie mogę sobie odpuścić. W końcu jestem kobietą i powinnam być wożona 😆
M. ma w środę spotkanie z kierownictwem dużej firmy, może dostanie tam pracę, albo przynajmniej ofertę współpracy. Trzymam kciuki… ale on się tym za bardzo przejmuje. Będzie, jak ma być.
Bardzo dobrze…
… że F. poszła dzisiaj wcześniej spać – ma takie zaległości… Co prawda nie można tych zaległości odrobić, ani wyspać się na zapas, ale solidne przespana noc pomoże jej pozbyć się tego przeziębienia…
J. zachował się dzisiaj całkiem w porządku, przyniósł F. grypex i herbatę do sypialni, ale nie nagabywał jej. Czekał na nią z bukietem róż pod pracą, a kiedy F. powiedziała, że jej nie przekupi kwiatami, to powiedział, że chciał ją przeprosić… płakał, kiedy mu powiedziała, że i tak odejdzie, ale powiedział „trudno” – choć bardzo bym chciał, żeby to wreszcie pojął i zachował się jak mężczyzna, przyjął swoją porażkę z godnością, to jednak nie ufam mu… w każdej chwili może zmienić się o 180 stopni. Na razie jednak jest to ulga dla F. – czas, żeby odetchnęła odrobinkę… wyspała się, wykurowała…
A tymczasem…
… to F. pogoniła mi kota… Wracając ze spaceru z A. zadzwoniła do mnie i prawie że wyśmiała moje lenistwo, zgoniła mnie z kanapy i tak mi wjechała na ambicję, że nie tylko wyszedłem na dwór, ale nawet odśnieżyłem dookoła, włącznie z częścią, przypadającą moim sąsiadom… i dzięki jej za to, mojemu Promyczkowi… mam teraz zmarznięte uszy, ale nawdychałem się świeżego powietrza i poruszałem trochę

Tylko w pewnym momencie przypomniały mi się spacery z moim pieskiem… to już prawie rok, jak się z nim rozstałem… mam nadzieję, że jest mu dobrze… nie dopytywałem się u jego nowej właścicielki – sam bym też nie chciał, żeby u mnie ktoś w takiej sytuacji się dopytywał… Przez chwilkę było mi trochę smutno, ale przecież tak było najlepiej i dla niego, i dla mnie… ale drugiego takiego psa nie ma na całym świecie… przez całe moje życie byłem wrogiem psów, nie ufałem im, bałem się ich – co ma niewątpliwie związek z kilku nieprzyjemnymi przeżyciami z dzieciństwa. Biscuit wyleczył mnie ze wszystkich uprzedzeń… Ale dość tych refleksji. Czas zbierać się do łóżka… jutro rano pobudka… jak zwykle… i dużo pracy…
Nabiłam sobie…
… guza. Robiłyśmy w pracy trochę przemeblowania i właśnie chciałam szybko wynieść mopa i wiaderko z wodą, bo przyjechał pan M. – przy tym podwinął mi się obcas i wpadłam prosto na drzwi, które pan M. mi w tym momencie otworzył. Dobrze, że nie rozcięłam sobie skóry, tylko ten guz jest duży i pewnie będzie z tego siniak. Biorąc pod uwagę, że rano stłukłam dzbanek od maszynki do kawy, wydaje się ten dzień być dla mnie stosunkowo pechowy…
Po pracy pozałatwiałam sprawy w banku i w kantorze. Potem spotkałam się z M. a teraz idę na wieczorny „marsz” z A.
Problemy z laptopem
Od przedwczoraj mam problem z moim laptopem. Chodzi tak wolno a nawet zawiesza się na dłuższy czas. Wczoraj byłam na imieninach u J., dlatego nie zajmowaliśmy się tym, ale dzisiaj chyba trzeba już, bo nawet poczty nie mogę sprawdzić. Ten wpis robi za mnie M. – jak często ostatnio. Po prostu zapisuje to, o czym mu mówię w moim imieniu na blogu – ja sama jeszcze nie próbowałam się zająć pisaniem tu… Mam nadzieję, że dzisiaj uda się go doprowadzić do porządku… mojego laptopa, oczywiście. M. uważa, że złapałam jakiegoś wirusa, albo coś w tym rodzaju, rzeczywiście, przez jakiś czas miałam wyłączoną ochronę przeciwwirusową… a może ciągle jeszcze mam? ale jak to sprawdzić, jak komputer prawie że wcale nie reaguje na myszkę?
Wróciłam właśnie ze spaceru
Nawet pobiegłam trochę, żeby stracić kilka kalorii. Zaraz muszę jechać do miasta, pomóc przetransportować azerbajdżańskich gości naszego Instytutu – wczoraj zaoferowałam moją gotowość pomocy, to teraz muszę… choć mi się nie chce.
Dzisiaj rano nie miałam nawet siły wstać. Po wczorajszym dniu w podróży byłam wykończona, przyjechałam późno do domu a mój M. nawet nie czekał na mnie na NK, jak zwykle. To mnie jeszcze bardziej zniechęciło, nawet nie puściłam mu sygnału, że wróciłam. Wypiłam trochę wina, potem jednego drinka, bo od wina było mi jakoś niewyraźnie. W końcu porozmawialiśmy chwilę przed pójściem spać, ale byłam już tak zmęczona, że M. dał mi spokój.
Po obudzeniu się przeleżałam ze dwie godziny w łóżku, nawet nie spałam, tylko nie miałam siły się poruszyć. D. oczywiście nie wypuścił psa, no bo po co, jak ja jestem w domu. Potem robił mi wyrzuty, że nie wstałam, bo przecież powiedziałam, że wstaję, a więc jestem „niesłowna” … Dzieciak…
Puściłam sygnał do M. Zadzwonił kilka minut później, rozmawiał właśnie z klientem (w sobotę?) … no tak, ale nie wszyscy mają sobotę wolną … ja też nie, jak się okazuje. Chyba powinnam mu trochę zaufać, wiem przecież, że mnie nie okłamuje i że zawsze oddzwania natychmiast, kiedy to tylko możliwe. Czasami wydaje się nawet, że siedzi przy telefonie i czeka na mój znak…
Teraz pora na kawę i śniadanko – bez tego nie wychodzę z domu…
Biurko (c.d.)
Biurko wylądowało w pokoju kominkowym. Trochę mi to nie było na rękę, bo przecież chciałam mieć swój kącik, ale z drugiej strony dobrze się stało. Potrzebne jest takie miejsce w domu, gdzie można zebrać do kupy wszystkie sprawy „biurowe” i odpowiednie wyposażenie. Do tej pory korespondencja, rachunki, wszystko leżało na barku, albo na przypadkowo wybranych miejscach i często „gubiło się” – teraz wszystko będzie miało swoje miejsce na i w biurku. A i cieplej jest w tym pokoju, niż w sypialni, co jest w obliczu nadchodzącej zimy niewątpliwie dużą zaletą.
Trochę niezręcznie jest, że, kiedy siedzę z laptopem przy biurku, to ekran jest zwrócony do pokoju, tak, że każdy może mi nań zaglądać – niezręcznie byłoby i niewygodnie odwracać laptopa – ale zawsze mogę przenieść się z nim do sypialni… a zresztą, to wszystko i tak jest tylko przejściowe … w pewnym sensie …
Dzwoniłam…
… kilka razy do domu, nikt nie odbierał. Zadzwoniłam do J. na komórkę, za każdym razem odkładał słuchawkę. Pewnie to echo wczorajszej kłótni, ale trochę niepokoję się, czy nie podsłuchał moich rozmów z J. Tak, czy inaczej, nie lubię w domu takiej napiętej atmosfery. Do tej pory zawsze w takich przypadkach ustępowałam, poddawałam się… teraz nie chcę, wiem przecież, że racja jest po mojej stronie.
M. próbuje podtrzymać mnie na duchu i utwierdzić w przekonaniu o słuszności mojego stanowiska. Wiem, że on ma rację, ale to trudno mi jest znieść taką nabrzmiałą atmosferę, być ciągle konfrontowaną z zarzutami i wymówkami.
