Time after time

Czas mija tak szybko. Jeszcze tak niedawno biegałem za moją Ukochaną po szkolnych korytarzach, a dzisiaj jestem już emerytem. A moja Ukochana z tamtych lat jest dzisiaj moją niemniej ukochaną Małżonką. Chociaż – jak można tu na tym blogu przeczytać – nasza historia nie była taka prosta, musiało przeminąć wiele lat, musieliśmy zebrać własny bagaż doświadczeń, żeby móc docenić to, co nam daje los.

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia – w tym roku będziemy świętować z całą rodziną w Karpaczu. Może to ostatnie takie spotkanie – a na pewno pierwsze w tym „składzie”. Będzie dużo przygotowań, na to wziąłem sobie urlop od nadchodzącego poniedziałku. Trzeba zrobić zakupy, przygotować niektóre potrawy i ciasta, a przede wszystkim spakować wszystko do naszego niedużego auta. To będzie największe wyzwanie.

Za to po świętach zostajemy w Karpaczu w „naszym” hotelu „Dziki Potok” aż do nowego roku. Będziemy sobie odpoczywać, spacerować, spędzać wieczory w saunie i na basenie. „Wesołe jest życie staruszka… „

I znowu jesień

Niedawno skończyłem 63 rok życia, za niecały miesiąc moje Kochanie będzie obchodzić kolejne urodzinki. Jesień rozgościła się na dobre i wita mnie każdego ranka mgłą i chłodem. Za kilka dni skończy się październik i listopad przypomni nam świętem Wszystkich Świętych o ulotności naszego bytu, o tym, że wszystko kiedyś się kończy. Jakoś mi dzisiaj tak refleksyjnie, może właśnie przez tę pogodę – choć staram się unikać depresyjnego myślenia i odnajdywać w każdej chwili tylko pozytywne aspekty.

Dlatego dzisiaj jedziemy znowu na siłownię, żeby trzymać się zdrowo i żyć jak najdłużej, jak najdłużej móc cieszyć się sobą nawzajem i tym wszystkim dobrem, które jest teraz naszym udziałem. Od zeszłego października udało się nam całkiem pokaźnie schudnąć, choć przez lato trochę zaniedbaliśmy to i na razie nie chudniemy – ale też nie przytyliśmy znowu. Jednak do Sylwestra chcemy zrzucić jeszcze kilka kilogramów, a czasu już niedużo zostało.

Starzejemy się

Zaprzeczamy sobie, a jednak każdego ranka, każdego dnia od nowa musimy stawić czoła tej prawdzie. Kiedy rano ciężko wstać, kiedy trudno wygrzebać się z ciepłej pościeli, żeby iść do pracy, czy żeby zająć się codziennymi sprawami. Kiedy w ciągu dnia przystajemy na chwilę zdyszani, zmęczeni. Kiedy bolące plecy uświadamiają nam dźwigany ciężar zwykłego życia.

Czytaj dalej „Starzejemy się”

Codzienność

Kiedy kończy się zakochanie i zaczyna miłość, kiedy potajemne spotkania zamieniają się w codzienną bliskość, pora też zmienić kąt widzenia naszego wspólnego życia. I nie chodzi tu bynajmniej o to, że „przyzwyczajenie”, że „leniwość zmysłów” i że „miłość nam spowszedniała”. Wręcz przeciwnie – miłość w codzienności, w nieustannym zmaganiu się z mniejszymi lub większymi problemami, rozwija się i umacnia. Z wątłego kwiatu, z małej roślinki zamienia się w ogromne, mocarne drzewo, sięgające korzeniami głębin, a koroną – obłoków.

Czytaj dalej „Codzienność”

Odrobina samotności

Moje Kochanie znowu w rozjazdach. Tym razem w Irlandii, na półtora tygodnia. Potem jeszcze dwa, trzy tygodnie u jej mamy. I tak szybko minie rok.

Dla mnie tych kilka dni to okazja, żeby spędzić trochę czasu sam ze sobą. Nie żebym był z tego powodu bardzo zadowolony, ale staram się skorzystać z tego czasu i nie poddawać się tęsknocie i samotności. Na szczęście mam teraz dużo pracy i wieczorami nie mam na nic siły, ani ochoty, oglądam tylko filmy i seriale, których moje Kochanie nie lubi, w przeciwieństwie do mnie – science-fiction i fantasy, zwłaszcza serii opartej na komiksach Marvell. No i od czasu do czasu wybieram się na fitness. Ale samemu nie jest tak fajnie, jak we dwoje.

Jeszcze tydzień – w przyszłą środę jadę po pracy na lotnisko, odebrać moje Szczęście. Przez ten tydzień chciałbym trochę oszczędzić, bo znowy pojechaliśmy finansowo po bandzie.

Dzisiaj na fitness, jutro do pracy rowerkiem, w czwartek może fitness. Zobaczymy… Jak jestem sam, to jakoś tak nic mi się nie chce. Dobrze, że chociaż nauczyłem się nie robić sobie z tego powodu wyrzutów…

Samotny weekend

Dzisiaj zaczynam pierwszy z dwóch samotnych weekendow – moje Kochanie jest u mamy i pomaga w domu i ogrodzie. Dzisiaj raniutko wstała i teraz zapewne urabia sobie ręce po łokcie.

Ja pospałem dzisiaj do wpół do dziesiątej. Taki śpioch że mnie. Moje Słoneczko też lubi pospać dłużej w weekendy, ale teraz czasu mało, a pracy dużo. I gdyby nie te sześćset kilometrów odległości i pustki w domowej kasie, pojechałbym pomóc.

Za karę za moje lenistwo miałem nad ranem dziwny sen…

Zapisane chwile

Święto, dzień leniwy… Wstałam koło południa, gdzieś przed 11, nie ćwiczyłam rytuałów, nie wskazane przy okresie, toteż miałam wytłumaczenie dla siebie, nastawiam na kawkę i zrobiłam sniadanko. Po rozmowie telefonicznej z moim M. i życzeniach miłego dnia, zabrałam się za zdjęcia, ach, jest tego tyle i ciągle nieuporzadkowane. Już nie ogarniam, tyle czasu schodzi. Janusz zadzwonił o pieniądze, rozliczyłam go i przyjechał po 13, w drodze na wesele do Piotrka. Wyniosłam mu do samochodu.

Potem przyszedł czas na obiad, odgrzałam zupkę, usmażyłam rybki, potem jadłam, jadłam… I musiałam uprzatnąć zdjęcia, jeszcze nie całkiem poukładane. Około 17 wybrałam się z książką Urszuli Dudziak do parku na ławeczkę poczytać i trochę pobyć na powietrzu, trochę na słoneczku. Nie jest już tak ciepło, a ja byłam z gołymi nogami w japonkach i letniej wygodnej sukience więc szukałam miejsca w słońcu. Pustą ławkę w słońcu, znalazłam blisko kościoła. Przyjemnie było. Z poczatku, na ławce po drugiej stronie siedziały dwie młode mamuśki, były dosyć głośnie i nie przebierały w słowach. Ale na szczęście wyniosły się szybko. Potem zaczepiło mnie dwóch chłopaków ale spojrzałam na nich pytająco, przesunęłam koszyczek do siebie i założyłam na rękę, tak jakbym bała się, że mogą mi zabrać, wycofali się, pewnie z daleka myśleli, że jestem młodsza. Długo był spokój i z wielką ciekawością chłonęłam opowiadania Urszuli, ale nie dane mi było dłużej tam zostać. Zbliżał się starszy, duży facet, mógł mieć 65 góra 70 lat i z daleka:- jakie ma pani piękne nóżki, tylko całować, chciałoby się schrupać. Jestem dojrzały i znam się na tym, śliczne nóżki, tylko pieścić, wiem co mówię. Mówi to były kierownik socjalny Aspy. Wypiłem trochę, jestem wdowcem i zaczął się przysiadać. Przepraszał ale dalej był namolny. Z początku nie mogłam sie powstrzymać od głośnego śmiechu ale jak się przysiadł, wiedziałam, że trudno będzie się go pozbyć, więc wstałam i wróciłam do domu. Zrobiłam kawkę i poczułam głodzik, pora na kolację…

Znak losu

Los nam daje znaki, czasami przyspiesza bieg rzeczy. Musimy tylko dostrzegać jego znaki i właściwie interpretować, oczywiście pozytywnie. Jest kilka ważnych zwrotów w moim życiu, w moim dojrzewaniu. Przekonałam sie, że nie można być biernym i poddawać się prądom życia, które niosą nas mimo woli i przekonania co do słuszności ich kierunku. Płynąć z prądem jest prościej, nie ryzykujemy (tak nam sie wydaje) wywrotki, łatwo ulegamy rutynie… Pierwszy, ważny mój zwrot, to czas samotnej matki, kobiety, kochanki, bez szans na szczęście. Ulegałam nastrojom destrukcyjnym, wyniszczałam swoje zdrowie. Był to pewnego rodzaju bunt ale skierowany przeciwko sobie. Kiedy w wieku 31 lat, mając już trójkę dzieci, po wyjściu z kliniki, w któej się znalazłam wskutek autodestrukcji, nerwicy wegetatywnej, spojrzałam w lustro i dostrzegłam w nim plamę, szarą plamę bez wyrazu, radości i chęci życia, zaczęłam się zastanawiać nad sensem swojego życia: przecież nie chcę tak żyć, tak wyglądać… Albo dążyć do tego aby moje życie nabrało barw, radości, albo od razu usunąć się z niego, nie zarażając swoim nieszczęściem innych i już nie znosić więcej upokorzeń… Postanowiłam odwrót i zaczęłam pracę nad sobą. Czułam się osamotniona, zakompleksiona, słaba… Jednak obiecałam sobie, że nie będę płakała i cierpiała z powodu jakiegokolwiek faceta, w rzeczywistości mój mąż sprawił to, że nienawidziłam wszystkich mężczyzn (no, może nie do końca wszystkich), nie mogłam się pogodzić z takim przedmiotowym traktowaniem kobiet w zapyziałym, wiejskim środowisku!

C.d.n.

Dużo czasu upłynęło…

… od ostatnich odwiedzin F. tutaj – nic dziwnego, po pracy jest cały czas (prawie) ze mną, tak więc poezja oddalenia ustąpiła miejsca prozie codzienności. Na dodatek mamy teraz inne, bardziej konkretne zmartwienia. Jakkolwiek jest nadzieja, że wkrótce ten najważniejszy problem – finansowy – zostanie rozwiązany, że znajdę w końcu pracę, to jednak jeszcze za wcześnie na „odsapkę”… a potem? F. twierdzi, że nie przeszkadzałoby jej to, gdybym przyjeżdżał tylko na weekendy – może i tak by było…  może to nam obojgu by dobrze zrobiło, mieć więcej czasu dla siebie… ale czy nie brakowałoby jej kogoś, kto jest przy niej blisko, troszczy się o nią, przytula, kiedy zmęczona wraca z pracy…? Czy takie „weekendowe małżeństwo” to naprawdę to, co by ją satysfakcjonowało? W końcu Drezno (jeżeli zostałbym w Dreźnie) nie jest tak daleko – w razie czego zawsze mogę podskoczyć do Wrocławia. Jeżeli ma się pieniądze, dobry samochód, to ta odległość nie jest zbyt duża…

Jedno jest faktem, działalność mi nie służy, a jeszcze mniej mojemu portfelowi. Jak sobie pomyślę, że każdego miesiąca na moje konto mogłaby wpływać suma, którą teraz z trudem zarabiam i od której nie musiałbym już nic płacić, ani ubezpieczeń, ani podatków… to stać by mnie było nie tylko na utrzymanie tego mieszkania we Wrocławiu, ale i na urządzenie mieszkania w Dreźnie, na zakup potrzebnych mebli, lodówki, pralki… stać by mnie było nawet na odłożenie co miesiąc pewnej sumy, na wiele innych przyjemności, moglibyśmy chodzić z F. do teatru, na koncerty. Wyjeżdżać na atrakcyjne urlopy… mógłbym dostać bez łaski kredyt na lepszy samochód dla siebie (jeżeli nie będę miał firmowego), dla F. Może nawet kupić duży, nowoczesny telewizor, laptopa… ach… pieniądze szczęścia nie dają, ale pozwalają na dużo przyjemności, jak się już to szczęście ma

Kolejny czas rozłąki

Tym razem na dłużej – kto wie, może dwa, trzy tygodnie… a może nawet miesiąc… Dla mnie czas na ogarnięcie mojego interesu i mojego drezdeńskiego „gospodarstwa” – dla F. czas na trochę życia rodzinnego z dziećmi i wnusią.

Dzisiaj pierwszy dzień – początki, jak zwykle, są najtrudniejsze… przejście od urlopowego, słodkiego „nieróbstwa” poprzez spokojny i leniwy weekend do pracy na pełnych obrotach i to jeszcze z dala od F., od jej kojącego ciepła… trudne…