Ty i ja

Kochasz mnie bez miłości, łakniesz bez namiętności, 
Mówisz to jak najszczerzej, wyznajesz jak najprościej, 

Przemijasz obojętna i nie wiesz tego o mnie, 
Że ja właściwie ginę samotnie i bezdomnie, 

Że ja właściwie gasnę w syberiach twego chłodu, 
Wygnany i zesłany bez win i bez powodu; 

Że w czasach, gdy po ziemi strzaskane skrzydło wlekę, 
Przede mną drzwi zamykasz i serce, i powiekę, 

Bym patrząc w twoje oczy nie dostrzegł ciemnej próżni, 
Co złymi zamysłami rozdziela nas i różni. 

Ty nawet nie wiesz o tym, że ja – zraniony śpiewak, 
Spożywam chleb zmieszany z trucizną twoich zniewag, 

Że dla dumnego czoła zabrakło chmur i wieńca, 
Że wszystkie moje pieśni, to pieśni potępieńca… 

A jednak, gdy już umrzesz – po moich pieśniach właśnie 
Bóg duszę twą rozpozna. I będzie od niej jaśniej, 

I będzie od niej śpiewniej. I Bóg ją utożsami 
Z ptakami, co śpiewają pomiędzy aniołami.

Jan Brzechwa

Szczęście

Ze snu wyłaniam się jak pijany 
Od radosnego twego pobliża, 
I witam ciebie znów zakochany 
Spojrzeniem tkliwszym od znaku krzyża. 

Ciągle tak samo i wciąż jak dawniej, 
Ciągle tak samo i wciąż na nowo, 
Tacy bezbronni, tacy zabawni 
Śpiewamy jedno wesołe słowo. 

Gramy w zielone, gramy i w śnieżne, 
Wiosna i zima nam ręce splata, 
Chwile rozbieżne, chwile pobieżne 
Przynoszą nowe, bezpieczne lata. 

Coś ty za jedna? Jak ci na imię 
I skąd się wzięłaś na naszym świecie? 
Dwie bose stopy drżą na kilimie; 
Stopy kochane, dokąd idziecie? 

Coś ty za jedna? Kto ciebie stworzył? 
I kto cię całą sercem ogarnie? 
Duszo pachnąca, fiołku boży, 
Rozkwitający w mojej cieplarni! 

Coraz nam słodziej, coraz nam młodziej, 
Radość spełniona uśmiechem wskrześnie; 
Dzień nas oszukał, dzień już odchodzi, 
I ty ode mnie odejdziesz we śnie. 

Wieczór spojrzenia maluje sepią, 
Szczęście przybliża się mimo woli, 
Święci niebiescy nam garnki lepią 
I od przybytku aż głowa boli.

Jan Brzechwa

Między dwoma wiecznościami

Spustoszyłaś mnie na zawsze ogniem, wichrem i zarazą, 
Serce zżarłaś i przeżarłaś jak przeżera rdza żelazo, 

I odeszłaś, ukochana, roześmiana, rozśpiewana, 
W urojone wniebowzięcia, w letnią noc świętego Jana. 

Pod brzozami, pod lipami, pod wonnymi gałęziami, 
W ciele twoim duch się zbudzi, nieobecny między nami, 

Pod brzozami księżyc zgaśnie, ciało wrzaśnie, krew zamroczy 
Uroczyste twoje usta, przezroczyste twoje oczy, 

I przeminie oka mgnienie, oka mgnienie tysiącletnie, 
I już żaden pocałunek ust zamkniętych nie rozetnie. 

Przyjdzie noc pachnąca nowiem, zwisająca nad wezgłowiem, 
Wtedy zbudzisz się, zawołasz, ale ja ci nie odpowiem, 

Wtedy okna pootwierasz w noc pachnącą, w północ ciemną 
I zobaczysz, że mnie nie ma i że już nie jesteś ze mną, 

Staniesz w progu i struchlejesz, i upadniesz na kolana, 
I upadniesz, ukochana, zapłakana, zapłakana, 

Że skończyło się już wszystko, gdzieś za nami, gdzieś przed nami, 
Że tak wiszę pod sufitem między dwoma wiecznościami.

Jan Brzechwa

Trucizna imion

Zbudź się, Sybillo, zjaw się, Werillo,
Stań się przestrzenna imion idyllo,
Liro stustrunna, harfo studzwonna,
Płynna Dziewanno, bezdennie chłonna.

Ukaż się, Stello, od gwiazd powiewna,
Muzyko imion, gędźbo rozlewna,
Rzewna Joanno, śpiewna nowenno,
Rozchyl swych ramion płomienne lenno,
Korynno zmienna, Anno bezbronna,
Męko rozstanna, senna i wonna.

Emilia w delii z białych konwalii,
O dłoniach z lilii, oczach z emalii,
Zwiśnie miłośnie, muśnie i zgaśnie,
Z mgłą się powaśni, okno zatrzaśnie,
We śnie uściśnie, ach, właśnie we śnie,
O wiośnie uśnie i już nie wskrześnie.

A potem przyjdzie krokiem pogardy
Nardem zatruta hardość Edwardy,
Srebrnym oskardem w fiordach wykuta,
Bardów strwożonych twarda pokuta,
Bardów, dla których wierne heroldy
Kradną Koboldom palce Izoldy.

W kryzach prastarych zarys Klarysy,
Krasa Teresy – w rosach irysy,
Krystyny miłość jak wiara prosta,
Pod białą chustą pożądań chłosta.
Aż grzech rozpustą w nocy urasta
Wlokąc za usta przez puste miasta.

Spalcie mnie żądze, niech już nie błądzę,
Zamknijcie za mną czarne wrzeciądze,
Pamięć uduście imion muzyką,
Ja ginę, przebacz, wróć, Weroniko!

Jan Brzechwa

Te same usta

Gdy nocą letni omdlewa znój,
Twe usta szemrzą: „tyś mój, tyś mój”,

Twe usta czynią tajemny znak,
Abym całował je tak – a – tak.

Patrzę i milczę, klękam i łkam,
Przybliż się do mnie, jam taki sam,

Wyciągam ręce i szukam wkrąg,
Wyciągam ręce do twoich rąk…

Widzę, poznaję usta i twarz,
Naszą rozłąkę i obłęd nasz,

Te same usta i chłód ten sam,
Patrzę i milczę, klęczę i łkam.

Z miłych najmilsza, ach, zbliż się, zbliż,
Oto zostawiam róże i krzyż,

Oto zostawiam na wieczny czas
Ból, co na wieczność połączył nas.

Mam dla twych pieszczot gościnny dom,
Ciało nieobce jawie i snom,

Dłonie znajome twym dłoniom dwum,
Zapach lipcowy i leśny szum.

Jan Brzechwa

Piersiom twoim hosanna…

Piersiom twoim hosanna! I pogarda światom,
Co bogów swoich wielbią w obojętnym niebie,
Bo ja, choć lichszy jestem niż najlichszy atom,
Żyć nie mogę bez ciebie ni umrzeć bez ciebie!

Na wieczność odsączyłaś krew od mego serca,
Co wszystko ci za wszystkich pragnęło przebaczyć;
Nie tyś je uśmierciła, bo cud nie uśmierca,
Jeno los, co mi nie dał znów ciebie zobaczyć.

Ja wiem, że będziesz łzami znaczyła wspomnienia
Burzy, co błyskawicą dwie otchłanie łączy,
Lecz ja nie znajdę nigdy w twych łzach ukojenia,
Bo rozpacz nie ma końca. I już się nie skończy!

Tak cierpię, że nieledwie umieram pomału,
I nie ma już modlitwy na mych wargach drżących…
Piersiom twoim hosanna! I zbawienie ciału.
I litość wiekuista dla serc miłujących!

Nie ma nic, moja miła…

Wszystko to, moja miła, gdzieś i niegdyś było,
Prawie że zapomniane, pogrzebane dzieje…
Jeśli cię kto zapyta, czy istnieje miłość,
Powiedz, że nie istnieje.

Pewnie i Boga nie ma, i śmierci nie bywa,
Urojona jest wieczność płynąca z daleka
I księżyc jest zmyślony, i noc nieprawdziwa
Za oknami człowieka.

Wszystko to można przetrwać i nawet poniekąd
Zapomnieć, jak się ludzkie imię zapomina,
I nawet nie usłyszeć, gdy w szeleście sekund
Wybije twoja godzina.

Nie ma nic, moja miła, i nigdy nie bywa,
Zmyślone są zapewne te okrutne słowa,
Urojony jest księżyc i śmierć nieprawdziwa,
I noc październikowa.

Jan Brzechwa

Listopad

Złote, żółte i czerwone
Opadają liście z drzew,
Zwiędłe liście w obcą stronę
Pozanosił wiatru wiew.

Nasza chata niebogata,
Wiatr przewiewa ją na wskroś,
I przelata i kołata,
Jakby do drzwi pukał ktoś.

W mokrych cieniach listopada
Może ktoś zabłąkał się?
Nie, to tylko pies ujada.
Pomyśl także i o psie.

Strach na wróble wiatru słucha,
Sam się boi biedny strach,
Dmucha plucha-zawierucha,
Całe szyby stoją w łzach.

Jakiś wątły wóz na szosie
Ugrzązł w błocie aż po oś,
Skrzypią, jęczą w deszczu osie,
Jakby właśnie płakał ktoś.

Mgły na polach, ciemność w lesie,
Drga jesieni smutny ton,
Przyjdzie wieczór i przyniesie
Sny i mgły, i stada wron.

Wyjść się nie chce spod kożucha,
Blady promyk światła zgasł,
Dmucha plucha-zawierucha,
Zimno, ciemno, spać już czas

Jan Brzechwa