Chciałbym tu zamieścić cały zbiorek poezji pod wspomnianym tytułem – tak na wszelki wypadek, żeby pozostał po nas i przetrwał tak długo, jak tylko będzie to możliwe.
Ten zbiorek jest własnością mojej Ukochanej – powstał dzięki Niej i dla Niej.
Za kilka dni przypada nasza siódma rocznica ślubu.
24 stycznia roku 2014 w Urzędzie Stanu Cywilnego w Fürth zawarliśmy związek małżeński – to już siedem lat minęło i nawet nie zauważyliśmy, jak minął nam ten siódmy – podobno krytyczny – rok naszego małżeństwa. Pomimo pandemii, mimo codziennego stresu znajdujemy ciągle od nowa powody do cieszenia się sobą nawzajem i naszym życiem w małym mieszkanku na skraju łąki, z balkonem, nad którym pochyla się stuletni dąb.
Nie wiemy, ile jeszcze lat przed nami, ale wiemy, że każdy dzień, który dane jest nam przeżyć razem, jest wielkim darem. Cieszymy się każdym dniem, każdą chwilą. Oby było ich jak najwięcej!
Dzisiejszy deszczowy poranek dokładnie pierwszego dnia astronomicznej jesieni przywołał mi w pamięci obrazy z naszej wędrówki w ostatnią sobotę.
Korzystając z pięknej pogody wybraliśmy się na wędrówkę wokoło miasteczka Muggendorf, położonego malowniczo w dolinie rzeczki Wisent, w centrum Szwajcarii Frankońskiej. Trasa wędrówki – wcześniej przeze mnie zaplanowanej (przy pomocy internetu) – wiodła po szczytach okolicznych wzgórz. Nie była to wspinaczka, ale wystarczyło, żeby się zaraz na początku porządnie zmęczyć.
Dzisiaj chyba mamy najgorętszy dzień tego lata – w cieniu termometry pokazją 36°C. Siedzę w klimatyzowanym biurze i cieszę się, że niedawno zakupiliśmy klimatyzację do naszego mieszkanka – teraz także moje Kochanie może się nie bać upałów.
Od przyszłego tygodnia ma być zdecydowanie chłodniej, temperatury prawie jesienne. A ponieważ mam przyszły tydzień wolny (z powodu tzw. Kurzarbeit), będziemy sobie częściej jeździć na fitness. Najwyższy czas, przez tego wirusa i siedzenie w domu trochę nas przybyło.
Przed wielu laty, pewnej czerwcowej nocy, wyruszyłem z małego miasteczka pod holenderską granicą do Turawy pod Opolem, aby wziąć udział – po raz pierwszy od szkolnych czasów – w spotkaniu klasowym. Po drodze zatrzymałem się we Wrocławiu, w małym hotelu „Rezydent”, położonym w zieleni obok Parku Szczytnickiego – miałem bowiem w planie spotkać się z dziewczyną, którą poznałem trzydzieści lat wcześniej, w której się wtedy zakochałem, ale nie dane mi było zbliżyć się do niej.
Jakoś tak ten czas przepływa, jakby obok nas, jakbyśmy nie byli zanurzeni w jego nurcie, a tylko trwali nieruchomo na brzegu rzeki, przypatrując się falom. Nagle podnosimy głowy i widzimy, że wiosna już minęła, że lato w pełni. A z latem przychodzą tematy i myśli, o których do tej pory jakoś zapomnieliśmy… wakacje, odwiedzini wnuczki…
Dzisiaj moje Kochanie ma imieninki. Co prawda u nas raczej się imienin nie obchodzi, ale ta tradycja nam jeszcze pozostała z czasów, jak Jola mieszkała w Polsce – tam są imieniny często bardziej obchodzone, niż urodziny.
Z okazji imienin byliśmy na shoppingu – po raz pierwszy od wielu miesięcy. Oczywiście z maseczkami i z zachowaniem odstępów – dlatego też w wielu sklepach półki i wieszaki są oddalone od siebie, przez co jest mniej towaru. Ale mimo to udało się w sumie całkiem nieźle, kupiliśmy kilka sukienek, trochę bielizny i takie fajne akcesoria na biurko. W sumie moje Kochanie było zadowolone z wyprawy – i o to chodziło.
Zaprzeczamy sobie, a jednak każdego ranka, każdego dnia od nowa musimy stawić czoła tej prawdzie. Kiedy rano ciężko wstać, kiedy trudno wygrzebać się z ciepłej pościeli, żeby iść do pracy, czy żeby zająć się codziennymi sprawami. Kiedy w ciągu dnia przystajemy na chwilę zdyszani, zmęczeni. Kiedy bolące plecy uświadamiają nam dźwigany ciężar zwykłego życia.
Dzisiaj Walentynki – święto wszystkich zakochanych – nasze święto, bo jesteśmy w sobie zakochani ciągle tak, jak pierwszego dnia. W tym dniu dla Ciebie, moje Słoneczko, zebrałem kilka nut i kilka wspomnień, żebyś zawsze pamiętała, jak bardzo Cię kocham…