Muzo moja…

kiedy codzienność zamyka mnie w klatce przemijających godzin
ty dajesz moim myślom skrzydła
uczysz mnie wzlatywać ponad obłoki

kiedy moje usta milczą, spękane i spragnione
ty podajesz mi wodę życia
wyprowadzasz mnie na łąkę

kiedy moje dłonie krwawią w kajdanach
ty uzdrawiasz moje rany
muśnięciem twoich warg

kiedy moje serce zatrzymuje się w ciemności
dotykasz mojej twarzy
wołasz moje imię

Trucizna imion

Zbudź się, Sybillo, zjaw się, Werillo,
Stań się przestrzenna imion idyllo,
Liro stustrunna, harfo studzwonna,
Płynna Dziewanno, bezdennie chłonna.

Ukaż się, Stello, od gwiazd powiewna,
Muzyko imion, gędźbo rozlewna,
Rzewna Joanno, śpiewna nowenno,
Rozchyl swych ramion płomienne lenno,
Korynno zmienna, Anno bezbronna,
Męko rozstanna, senna i wonna.

Emilia w delii z białych konwalii,
O dłoniach z lilii, oczach z emalii,
Zwiśnie miłośnie, muśnie i zgaśnie,
Z mgłą się powaśni, okno zatrzaśnie,
We śnie uściśnie, ach, właśnie we śnie,
O wiośnie uśnie i już nie wskrześnie.

A potem przyjdzie krokiem pogardy
Nardem zatruta hardość Edwardy,
Srebrnym oskardem w fiordach wykuta,
Bardów strwożonych twarda pokuta,
Bardów, dla których wierne heroldy
Kradną Koboldom palce Izoldy.

W kryzach prastarych zarys Klarysy,
Krasa Teresy – w rosach irysy,
Krystyny miłość jak wiara prosta,
Pod białą chustą pożądań chłosta.
Aż grzech rozpustą w nocy urasta
Wlokąc za usta przez puste miasta.

Spalcie mnie żądze, niech już nie błądzę,
Zamknijcie za mną czarne wrzeciądze,
Pamięć uduście imion muzyką,
Ja ginę, przebacz, wróć, Weroniko!

Jan Brzechwa

Te same usta

Gdy nocą letni omdlewa znój,
Twe usta szemrzą: „tyś mój, tyś mój”,

Twe usta czynią tajemny znak,
Abym całował je tak – a – tak.

Patrzę i milczę, klękam i łkam,
Przybliż się do mnie, jam taki sam,

Wyciągam ręce i szukam wkrąg,
Wyciągam ręce do twoich rąk…

Widzę, poznaję usta i twarz,
Naszą rozłąkę i obłęd nasz,

Te same usta i chłód ten sam,
Patrzę i milczę, klęczę i łkam.

Z miłych najmilsza, ach, zbliż się, zbliż,
Oto zostawiam róże i krzyż,

Oto zostawiam na wieczny czas
Ból, co na wieczność połączył nas.

Mam dla twych pieszczot gościnny dom,
Ciało nieobce jawie i snom,

Dłonie znajome twym dłoniom dwum,
Zapach lipcowy i leśny szum.

Jan Brzechwa

Tęsknota

Jeżeli chcesz mnie pieścić, pieść mnie proszę, pieść…
spal ogniem twoich dłoni me stęsknione ciało –
jak dużo samotności można jeszcze znieść…
za mało twoich pieszczot, ust twoich za mało…

Jeżeli chcesz całować, nie oszczędzaj warg…
podaj mi je gorące, wilgotne, spragnione –
z niespełnionej rozkoszy niewymownych skarg
nabrzmiałe twoje piersi, łono rozpalone…

Jeżeli chcesz mnie uwieść, nie czekaj na noc,
Na taką słodką chwilę nigdy nie za wcześnie!
Wśliźnij się – naga, drżąca – tu do mnie pod koc…
będę kochał cię, nawet, jeśli tylko we śnie…

Tancerz na linie

Gra o życie i o czas
Jak na linie taniec zwiewny
Jeden tylko spośród nas
Dawno przeszły i niepewny

I w wieczności szary kurz
Nasłuchuję jego kroku
Nie-mój czas przeminął już
Obok gwiazdy i obłoku

Zimne ostrze światła skos
Pewną dłonią wychwycone
Jak rozbity dzban mój los
Moje myśli niespłoszone

Zapal jeszcze raz świec sto
Przez tą chwilę zapomnienia
Ta muzyka i ta noc
Bez przyszłości bez imienia

Resztki słów przebrzmiały już
Milczą skrzypce swe milczenie
Gdy mój ślad pokryje kurz
Pozostanie choć wspomnienie?

Ten wiersz powstał właściwie w języku niemieckim i został przeze mnie przełożony na język polski. A oto wersja oryginalna:

Wie ein Tänzer auf dem Seil
Spiel mit Zeit und Spiel mit Leben
Von den beiden nur ein Teil
Aus der Vorzeit und soeben

Lausche gierig nach dem Schrei
Aus der Ewigkeit der Ferne
Meine Zeit ist nicht vorbei
Nicht die Wolken nicht die Sterne

Kalte Klinge helles Licht
Fang’ ich auf mit meinen Sinnen
Eine Schale die zerbricht
Nicht von außen nicht von innen

Für den kurzen Augenblick
Lass’ das Kerzenlicht entflammen
Diese Nacht und die Musik
Ohne Zukunft ohne Namen

Schon verklungen letztes Wort
Schweigen Harfen und Violinen
Nicht mehr hier und noch nicht dort
Werd’ ich mich daran erinnern?

Pamięć

Cóż to jest: pamięć? I cóż – zapomnienie?
Gdym Cię całował o poranku złotym,
byłaś Ty jeszcze – czy tylko milczenie?
Usta przy źródle nieznanej tęsknoty…

Cóż to jest: wieczność? Kiedy chwila senna
Ciebie mi skrada i znika w ciemności,
Tylko ta miłość zdaje się niezmienna –
w niewysłowionym pragnieniu czułości

Cóż, że się piasek przesypie w klepsydrze,
że gwiazdy zbledną i słońce utonie –
bo tej tęsknoty już mi nikt nie wydrze –
kochane usta – kochane Twe dłonie…

Noc

Przyszłaś do mnie w nocy
W korowodzie gwiazd
W mroku twoje oczy
Zatrzymany czas

Stanęłaś w futrynie
Oparta o drzwi
W noc co nie przeminie
A tylko się śni

W poświacie księżyca
Zaplątany ptak
Tak się nie zachwyca
I nie tęskni tak

Ciepło twojej dłoni
Przed tobą mój cień
W bezsennej pogoni
Zanim przyjdzie dzień

Kochaj mnie wytrwale
Moje włosy pieść
Napełń pustą szalę
Nadaj słowom treść

Kochaj mnie do rana
Daj mi siebie – daj
Ziemia obiecana
Utracony raj

Całuj w zatraceniu
Uwódź mnie i głaszcz
Nim odejdziesz w cieniu
Otulona w płaszcz

Niepogoda

za oknami płacze dzień
szarym zimnym deszczem
czy to tylko jest mój cień
czy ja jestem – jeszcze

za oknami ołów chmur
wisi pod sufitem
obudzony z nocnych zmór
trwam moim niebytem

za oknami stoi czas
nie biją godziny
co zostanie oprócz nas
w karze nie bez winy

za oknami cienie wron
moich marzeń cienie
z nienazwanych nocy stron
nadciąga milczenie

Morze

Wybiegasz morzu naprzeciw
Fale ścigają cię
zlizują łapczywie ślady twoich stóp
na piasku
Zazdroszczę falom
że mogą pieścić
twoje stopy

Podnosisz twarz do słońca
poranne ciepło
różowi twoje policzki
pozłaca twoją skórę
Zazdroszczę słońcu
że wolno mu
całować twoje usta

Idziesz wzdłuż wydm
wiatr rozwiewa twoje włosy
zaplątuje w nie
krzyki mew
Zazdroszczę wiatrowi
że może tak
dotykać twojej skóry

Za oknami

Za oknami ciemność mgłą płynie poczwórną,
a mnie tu samotnie, smutno i pochmurno.
Za oknami duszy, kurtyną powieki,
sen jest niespokojny i ranek daleki…

To miejsce koło mnie, w nieskończonej bieli,
zapach twego ciała na mojej pościeli.
Ciężar twojej głowy na moim ramieniu
na przekór tęsknocie, w mrocznym bezistnieniu,

Piersi twoich krągłość w poświacie księżyca,
dłoni mych wspomnienia bez końca zachwyca…
W aksamitnym mroku północnej ciemności
kosztuję z warg twoich truciznę miłości –

i wypijam do dna puchar twego ciała…
tak, jakby odległość nigdy nie istniała…
Zagubiony nocą, zagubiony w czasie
i ból tej tęsknoty, która nagle zda się.