Ty i ja

Kochasz mnie bez miłości, łakniesz bez namiętności, 
Mówisz to jak najszczerzej, wyznajesz jak najprościej, 

Przemijasz obojętna i nie wiesz tego o mnie, 
Że ja właściwie ginę samotnie i bezdomnie, 

Że ja właściwie gasnę w syberiach twego chłodu, 
Wygnany i zesłany bez win i bez powodu; 

Że w czasach, gdy po ziemi strzaskane skrzydło wlekę, 
Przede mną drzwi zamykasz i serce, i powiekę, 

Bym patrząc w twoje oczy nie dostrzegł ciemnej próżni, 
Co złymi zamysłami rozdziela nas i różni. 

Ty nawet nie wiesz o tym, że ja – zraniony śpiewak, 
Spożywam chleb zmieszany z trucizną twoich zniewag, 

Że dla dumnego czoła zabrakło chmur i wieńca, 
Że wszystkie moje pieśni, to pieśni potępieńca… 

A jednak, gdy już umrzesz – po moich pieśniach właśnie 
Bóg duszę twą rozpozna. I będzie od niej jaśniej, 

I będzie od niej śpiewniej. I Bóg ją utożsami 
Z ptakami, co śpiewają pomiędzy aniołami.

Jan Brzechwa

Z nim będziesz szczęśliwsza…

Zrozum to, co powiem,
Spróbuj to zrozumieć dobrze
Jak życzenia najlepsze, te urodzinowe
Albo noworoczne, jeszcze lepsze może
O północy gdy składane
Drżącym głosem, niekłamane

Z nim będziesz szczęśliwsza,
Dużo szczęśliwsza będziesz z nim.
Ja, cóż –
Włóczęga, niespokojny duch,
Ze mną można tylko
Pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko
Jaka epoka, jaki wiek,
Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień
I jaka godzina
Kończy się,
A jaka zaczyna

Nie myśl, że nie kocham
Lub że tylko trochę kocham
Jak cię kocham, nie powiem, no bo nie wypowiem –
Tak ogromnie bardzo, jeszcze więcej może
I dlatego właśnie żegnaj,
Zrozum dobrze, żegnaj, żegnaj

Z nim będziesz szczęśliwsza,
Dużo szczęśliwsza będziesz z nim.
Ja, cóż –
Włóczęga, niespokojny duch,
Ze mną można tylko
Pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko
Jaka epoka, jaki wiek,
Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień
I jaka godzina
Kończy się,
A jaka zaczyna

Ze mną można tylko
W dali znikać cicho

Edward Stachura

Szczęście

Ze snu wyłaniam się jak pijany 
Od radosnego twego pobliża, 
I witam ciebie znów zakochany 
Spojrzeniem tkliwszym od znaku krzyża. 

Ciągle tak samo i wciąż jak dawniej, 
Ciągle tak samo i wciąż na nowo, 
Tacy bezbronni, tacy zabawni 
Śpiewamy jedno wesołe słowo. 

Gramy w zielone, gramy i w śnieżne, 
Wiosna i zima nam ręce splata, 
Chwile rozbieżne, chwile pobieżne 
Przynoszą nowe, bezpieczne lata. 

Coś ty za jedna? Jak ci na imię 
I skąd się wzięłaś na naszym świecie? 
Dwie bose stopy drżą na kilimie; 
Stopy kochane, dokąd idziecie? 

Coś ty za jedna? Kto ciebie stworzył? 
I kto cię całą sercem ogarnie? 
Duszo pachnąca, fiołku boży, 
Rozkwitający w mojej cieplarni! 

Coraz nam słodziej, coraz nam młodziej, 
Radość spełniona uśmiechem wskrześnie; 
Dzień nas oszukał, dzień już odchodzi, 
I ty ode mnie odejdziesz we śnie. 

Wieczór spojrzenia maluje sepią, 
Szczęście przybliża się mimo woli, 
Święci niebiescy nam garnki lepią 
I od przybytku aż głowa boli.

Jan Brzechwa

Między dwoma wiecznościami

Spustoszyłaś mnie na zawsze ogniem, wichrem i zarazą, 
Serce zżarłaś i przeżarłaś jak przeżera rdza żelazo, 

I odeszłaś, ukochana, roześmiana, rozśpiewana, 
W urojone wniebowzięcia, w letnią noc świętego Jana. 

Pod brzozami, pod lipami, pod wonnymi gałęziami, 
W ciele twoim duch się zbudzi, nieobecny między nami, 

Pod brzozami księżyc zgaśnie, ciało wrzaśnie, krew zamroczy 
Uroczyste twoje usta, przezroczyste twoje oczy, 

I przeminie oka mgnienie, oka mgnienie tysiącletnie, 
I już żaden pocałunek ust zamkniętych nie rozetnie. 

Przyjdzie noc pachnąca nowiem, zwisająca nad wezgłowiem, 
Wtedy zbudzisz się, zawołasz, ale ja ci nie odpowiem, 

Wtedy okna pootwierasz w noc pachnącą, w północ ciemną 
I zobaczysz, że mnie nie ma i że już nie jesteś ze mną, 

Staniesz w progu i struchlejesz, i upadniesz na kolana, 
I upadniesz, ukochana, zapłakana, zapłakana, 

Że skończyło się już wszystko, gdzieś za nami, gdzieś przed nami, 
Że tak wiszę pod sufitem między dwoma wiecznościami.

Jan Brzechwa

Imieniny

Chciałem Ci wiersz napisać, z tysiącami słów
Splecionych niby kwiaty w ornamentów rymie
I nie umiałem znaleźć, o, daremny trud,
żadnego tak pięknego, jak Twe słodkie imię.

Chciałem Ci wyznać miłość w korowodzie barw
i niebo podarować, wyskrzone gwiazdami…
Cóż, stoję tak przed Tobą – i milczeniem warg
formuję Twoje imię jak most między nami,

jak odwieczną litanię do nieznanych bóstw,
jak zawiłe zaklęcie, formułę tajemną…
I serce moje drżące i gorączka ust,
i Twoja twarz, Jolanto, tak blisko przede mną…

Poranek

Zamarznięta w mojej dłoni pustka przeminionej nocy
tej bezsennej bezimiennej i czarnej jak twoje oczy

Zaplątany na mych ustach ciepły posmak twego ciała
i ta cisza która z nocy na poduszce pozostała

Na mej piersi twojej głowy słodki ciężar czuję jescze
choć oddziela nas bezwzględnie zimny czas okrutna przestrzeń

Wypalony pod powieką twojej twarzy obraz senny
i twój zapach na pościeli nienazwany bezimienny

Póki jeszcze bezsłonecznie czekam trwam i drżę na zimnie
przyjdź i upieść mą bezsenność kochaj mnie i zostań przy mnie

Feniks i Róża

Biegnę przez noc potykam się
padam na twarz podnoszę się
podnoszę twarz do czarnych gwiazd
czy deszcz czy łzy ten słony smak

podnoszę się rozpalam się
zapalam się od ognia gwiazd
od ognia krwi zapalam się
i spalam się któż o to dba
któż o mnie dba

nie warto nic nie warto śnić
nie warto drżeć jak w wietrze liść
nie warto śnić nie warto żyć
nie warto czuć nie warto nic

zawołaj mnie nie woła nikt
i cisza trwa i czarna noc
i biegnę w noc potykam się
padam na twarz podnoszę się
powstaję znów na przekór snom
na przekór dniom

bezsenna noc ogarnia mnie
zamyka mnie bezsenna noc
bezgwiezdna noc samotna noc
zabija mnie

zapalam się rozpalam się
płomieniem krwi gorączką krwi
spopielam się wypalam się
powstaję znów na przekór snom
na przekór dniom

Ja – feniks? a ty – róża…

Co z tego masz

miłość miłość co z tego masz
nie nasycisz nie napełnisz
nie uspokoisz płaczących dzieci
przed kasą supermarketu

miłość to tylko słowo
nawet nie za długie
tylko sześć liter
kilka kleksów na papierze

miłość to tylko bajka dla dzieci
w prawdziwym świecie
liczy się twarda pięść
gruba skóra i ostry język

miłość jest dla poetów
i innych słabeuszy
co uciekają przed światem
na drugą stronę ulicy

miłość cóż miłość
nie da nam chleba ani igrzysk
ale tylko ona
uczyni nas nieśmiertelnymi