W tej czarnej sukni jesteś tak nieziemsko
piękna, niczym Inanna schodząca w podziemia,
boska Izyda na tronie z marmuru,
tylko na chwilę między śmietelnymi,
tylko na moment na poręczy krzesła
przysiadasz – milczysz odwieczną zagadką.
Rozwiany wiatrem poemat twych włosów,
stopy po kostki zagłębione w piasku –
łakoma fala wspina się do nieba
po wieży Babel twych strzelistych łydek,
raju, skrytego strzępem materiału
wokół twych bioder – wokół twoich piersi…
W wytartych dżinsach i w białej koszulce
szukasz schronienia przed palącym słońcem,
ucieleśnienie letniej dziewczęcości
wtulasz twe ciało w szorstką korę dębu,
jakbyś się chciała rozpłynąć w niebycie,
rozwiać na wietrze rozpostarte dłonie.
Zanim się wzburzy w bezsilnej zazdrości
o twoje piękno bogini na muszli,
dotknę twej skóry płomiennej zachodem,
nakreślę dłonią krągłość twoich piersi –
tego momentu nikt nam nie odbierze,
tego obrazu nikt już nie wyśpiewa…

Wczoraj były imieniny mojego Taty – byliśmy wieczorem w Borowej u rodziców. Na razie nie mam czasu opowiadać o szczegółach, cały dzień wczorajszy był wypełniony do ostatniej minuty. Rano w pracy – na poniedziałek musiała zostać zakoczona i zamknięta nasza praca zlecona – dzisiaj też muszę jeszcze pracować… Potem zakupy, no i przygotowania do wyjazdu J. który właśnie dzisiaj wybiera się na dwa tygodnie do Niemiec. A więc i teraz nie mam za dużo czasu na pisanie. Postaram się kiedyś nadrobić.
