W środku nocy

Naznaczony twoim znakiem
wzywam ciebie nocą ciemną
i samotny pod zodiakiem
czekam tutaj – nadaremno

Na bezkresie Mlecznej Drogi
zabłądziłem w środku nocy
gdzie za niskie moje progi
wpółprzymknięte moje oczy

Stąd do nieba kilka kroków
nieboskłonu ścieżka kręta
i twarz moja w nocy mroku
dłoni twoich nie pamięta

Jeszcze tylko na bezkresie
czasu co się nie przydarzy
wiatr twój zapach mi przyniesie
i wspomnienie twojej twarzy

Pustynie

Tych kilka ziarenek piasku
spod twojej stopy zebranych
zanim fale zatarły jej kontury

Tych kilka ziarenek piasku
w twoich włosach kiedy
kochaliśmy się na plaży

Ten słony smak twoich piersi
spragnionych moich dłoni
i wygłodniałych warg

Z tego wszystkiego stworzę sobie
moją własną pustynię

twoje ciało – oazą
twoje usta – życiodajnym źródłem
dla spragnionego pielgrzyma

Ulice

Na ulicy wiodącej do nikąd
nocą świecą milczące latarnie
w kręgach cieni pod smukłymi drzewami
drzemią koty mrucząc baśnie prastare

Na ulicy wiodącej w nieznane
i na brukach wyścielonych różami
krążą gwiazdy jak spłoszone świetliki
dźwięczą słowa zapomnianą muzyką

Na ulicy wiodącej do ciebie
słońce tańczy w sukieneczce z obłoków
na balkonach tęsknot moich girlandy
zaplątane w twoich pocałunkach

Niedzielny wieczór

Upiję się dziś samotnie
tak smutno i rozpaczliwie
samotnie w tych czterech ścianach
z naręczem obrazów i wspomnień
daleko od gwaru tłumów
nie chcę by ktoś ze stolika
wycierał łez moich plamy

a przecież chcę być szlachetny
nie żądać niczego dla siebie
a jednak nie umiem wzbronić
tęsknoty memu sercu
nie umiem przejść obojętnie
i odejść w ciemność wieczoru

W tej jednej króciutkiej chwili
spotkały się nasze oczy 
i twoje usta najsłodsze
podarowały mi uśmiech
zabrałem go w moim sercu
niech mi rozjaśni samotność

Może wspomnisz przez chwilę
oddalającą się postać
może zatęsknisz w ukryciu
może poczujesz samotność
wśród rozbawionych gości
wśród nocy i alkoholu
pojmiesz raz jeszcze może
że jesteś moim wszechświatem

I właśnie to jedno słowo
w skrytości dla mnie wysłane
zamienia mój smutek w uśmiech
ociera z mych oczu rosę
wygładza me dumne czoło
i czuję dotyk twych dłoni
na skórze moich piersi

Tęsknoty

Że niebo może być
takie błękitne
nie wiedziałem

Że morze może być
takie niebieskie
nie przypuszczałem

Że piasek może być
taki złocisty
nie marzyłem

Dopiero
odkąd zobaczyłem świat
w Twoich oczach

Niebo jest błękitne
Morze jest niebieskie
A piasek złocisty
jak Twoja skóra

Rok

… i w miejscu stanął czas

W tej sekundzie
gdy tylko gorący oddech
dzielił nasze
nieprzytomnie
spragnione usta

oczy nasze przymglone
odbijające nieznane galaktyki
w zwierciadłach źrenic

przez tę sekundę wieczną
zamknęliśmy w ramionach
bezkresny horyzont

… i ciągle od nowa

ilekroć staję przed tobą
ożywa ta jedna chwila
wspomnieniem i nadzieją

i staje się spełnieniem…

w gorączce spragnionych warg
w płomieniach splecionych ciał
w długich rozmowach do poranka
w pieszczocie dłoni i ust
w twoim spokojnym śnie
w tym co łączy na przekór temu co dzieli

… i w miejscu stanie czas

Erotyk

wódź mnie na pokuszenie
smukłością twoich ud
w najsłodsze zapomnienie
sycące ust mych głód

piersi twoich jędrnością
rozpalaj żar mych żył
bym zżarty namiętnością
o tobie tylko śnił

daj mi kwiat twego łona
ust twoich słodki smak
zgłodniała i spragniona
bym cię pamiętał tak

odbierz mi wszystkie siły
ostatni wyssij sok
by sny me się spełniły
zanim odejdziesz w mrok

Na Twoje Imieniny

Bukiecik fiołków wilgotny od rosy
i promień słońca, i poranek złoty
wtulony w miękkość ostatniej pieszczoty
i jak korona wpleciony w twe włosy

gdy wpółprzymkniętej powieki kurtyna
odgradza senność od teatru zdarzeń,
gdzie się coś kończy i coś się zaczyna,
i każda chwila zdaje się bezcenną

powtarzam ciągle twoje słodkie imię
jak mój drogowskaz, litanię płomienną…
i unoszony przez ocean marzeń
jestem… oddycham… bo ty jesteś ze mną…

Dobranoc

Zaśnij w łożu z gwiaździstego mroku
usłanym moimi pieszczotami
niech księżyc ci wymruczy
kołysankę

Zamknij w słodkiej niemocy
powieki zmęczone pocałunkami
zanim zdmuchnę świeczkę
o północy

Przykryję twoje biodra
przykryję twoje ramiona
przykryję twoje piersi
sobą

Tęsknota

chyba już zapomniałem o istnieniu ciszy
i o tym, że mnie księżyc więcej nie usłyszy
w moim milczeniu
gwiezdnym

i na nieboskłonie
miliony ogni – jeden płonący dla ciebie
rozpościeram ramiona po północnym niebie
daję się ponieść
marzeniom
o skóry twej jedwabiu
o pieszczocie dłoni
o smaku ust różanym
w czerni
zapomnienia