Na dworze zawierucha

Ciemno, mokro i wietrznie, że psa by nie wygnał… W taki wieczór chce się schować pod kołdrą i nie wyściubiać nosa… Trochę się martwię, czy uda się wszystko z naszym zaplanowanym weekendem. Mam nadzieję, że tak… dzisiaj daje mi się trochę we znaki niedostatek kalorii – pozwoliłem sobie dlatego na dodatkową kromkę chleba, to jest 150 kalorii ponad plan, ale i tak w sumie poniżej  50% racji dziennej.

Listopadową nocą…

jeszcze jedna szklanka wina
z marzeniami z wspomnieniami
chwila która nie przemija
nocy czarnej warkoczami

jeszcze jeden czas miniony
zawiruje złote liście
nad łąkami ogrodami
przeźroczyście i srebrzyście

jeszcze zanim stąd odejdzie
jedna myśl i jedno słowo
zamknę ciebie w mych ramionach
tak gwiaździście księżycowo

Ostatnie godziny…

… Zaduszek. F. pewnie jeszcze jest u jej rodziców, a może nawet już w drodze do domu… nie mam zbyt wielkiej nadziei, że dzisiaj jeszcze zamienimy więcej, niż kilka słów, może nawet powiemy sobie tylko dobranoc przez smsa. Jutro też raczej trudno będzie, może po wizycie u dentysty chociaż chwilkę, przynajmniej, żebym wiedział, jak poszło.

Dzień, jak przystało na Zaduszki, był ponury, mokry i zimny. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie wyjść na pół godziny na spacer, ale nie zdobyłem się na to… przypomniały mi się zeszłoroczne Zaduszki, byłem z pieskiem na spacerze w pobliżu cmentarza – piękny i melancholijnie nastrajający widok… groby w powodzi świec i zniczy, ludzie, snujący się alejkami i wystawający w milczeniu przed grobami… ja nie chcę mieć grobu. Nie chcę, żeby zarastał trawą i zielskiem… Chciałbym, jak w tej starej, partyzanckiej pieśni, żeby „kości moje mchem porosły i użyźniły ziemi szmat” … oj, ale smuty… jak przystało na Zaduszki…

Pamięć

Kocham cię aż do bólu
oczu wpatrzonych w fotografię
wspomnienie słonej bryzy

Twoja bosa stopa na piasku
wyznacza granice mojego istnienia

pomiędzy czasem minionym i
niezaistniałą jeszcze przyszłością
jest tylko jesienny ogród
usłany pożółkłymi liśćmi

Ktoś gdzieś
zapala wątły płomyk świecy
na znak niemniej wątłej pamięci

Dotyk twoich dłoni
nie pozwala mi zapomnieć

Kocham cię aż do łez
spływających po policzkach
słonych jak morska bryza

Niedzielny wieczór

Długi i deszczowy … chciałoby się usiąść z kubkiem grzanego wina przed kominkiem, wpatrując się w ogień – wsłuchiwać się w szum deszczu za oknem i jej spokojny, równomierny oddech, czując na ramieniu słodki ciężar jej główki… a niech tam, noc i deszcz, wiatr i chłód, kiedy jesteśmy razem, przytuleni…

W tym momencie to tylko marzenie, ale wierzę w to, że kiedyś się spełni. Niekoniecznie z kominkiem, ale że będziemy siedzieć wieczorem w ciepełku przy winie, może będziemy wspominać minione, trudne i burzliwe czasy, a może będziemy milczeć – nasze dusze będą dotykać się leciutko gdzieś między czasem i przestrzenią – wszelkie słowa będą zbyteczne…

Wydaje się, że jest już tak późno, a przecież to dopiero minęła szósta…

Wpatruję się w nasze zdjęcie z wakacji – wspominam te cudowne chwile, skradzione codzienności… nie chce mi się już nic robić, chcę tylko rozkoszować się wspomnieniami i cieszyć marzeniami i nadziejami… w tym momencie…

Otwieramy kolejny rozdział…

… naszego czasu tęsknoty … przez następne dni trudno będzie nam pozostać w bliskim kontakcie i to nie tylko przez weekend, ale także prawie połowę przyszłego tygodnia, bo F. jest na zwolnieniu i nasze poranne rozmowy wypadają z programu. Najbardziej martwi mnie to, że F. się rozchorowała i nie będę miał aktualnych informacji o jej stanie zdrowia. I tak gnębi mnie ta świadomość, że ona tam leży chora i nie ma kto jej podać herbaty, a ja jestem tak daleko… pewnie, pojechałbym do niej i zaopiekował się nią… ale to nie jest niestety możliwe w jej sytuacji…

Nabiłam sobie…

… guza. Robiłyśmy w pracy trochę przemeblowania i właśnie chciałam szybko wynieść mopa i wiaderko z wodą, bo przyjechał pan M. – przy tym podwinął mi się obcas i wpadłam prosto na drzwi, które pan M. mi w tym momencie otworzył. Dobrze, że nie rozcięłam sobie skóry, tylko ten guz jest duży i pewnie będzie z tego siniak. Biorąc pod uwagę, że rano stłukłam dzbanek od maszynki do kawy, wydaje się ten dzień być dla mnie stosunkowo pechowy…

Po pracy pozałatwiałam sprawy w banku i w kantorze. Potem spotkałam się z M. a teraz idę na wieczorny „marsz” z A.

Problemy z laptopem

Od przedwczoraj mam problem z moim laptopem. Chodzi tak wolno a nawet zawiesza się na dłuższy czas. Wczoraj byłam na imieninach u J., dlatego nie zajmowaliśmy się tym, ale dzisiaj chyba trzeba już, bo nawet poczty nie mogę sprawdzić. Ten wpis robi za mnie M. – jak często ostatnio. Po prostu zapisuje to, o czym mu mówię w moim imieniu na blogu – ja sama jeszcze nie próbowałam się zająć pisaniem tu… Mam nadzieję, że dzisiaj uda się go doprowadzić do porządku… mojego laptopa, oczywiście. M. uważa, że złapałam jakiegoś wirusa, albo coś w tym rodzaju, rzeczywiście, przez jakiś czas miałam wyłączoną ochronę przeciwwirusową… a może ciągle jeszcze mam? ale jak to sprawdzić, jak komputer prawie że wcale nie reaguje na myszkę?

Wielką radość…

… sprawiła mi dzisiaj F. Zaproponowała, żebyśmy jej urodziny spędzili razem w Karpaczu – i to cały weekend, dwa dni! Ja miałem co najwyżej nadzieję, że spotkamy się choćby na godzinę, dwie, żebym mógł jej osobiście złożyć życzenia urodzinowe … a tu taka niespodzianka! Zadzwoniłem zaraz do Karpacza i zarezerwowałem pokój – na szczęście były jeszcze wolne. Tak się cieszę. Za tydzień spotkamy się we Wrocławiu, tylko na jeden dzień … no, powiedzmy, na półtora. Wszystko tak cudownie się układa…

Pomiędzy ziarenkami

Nieraz zastanawiałem się, jak potoczyłyby się nasze losy, gdybym wtedy, przed trzydziestu laty, miał dość odwagi i determinacji, żeby spróbować zbliżyć się do niej i gdyby – co wydaje się jeszcze mniej realne – ona była skłonna uchylić dla mnie wrót swojego serca… Oczywiście, taka spekulacja jest podobna równaniom z tak wieloma niewiadomymi, że nie można mówić nawet o jakimkolwiek rozwiązaniu. Jedno wydaje się być w tym wszystkim najbardziej prawdopodobne. To, że nie miałaby ona wtedy wielu rzeczy (jeżeli to tak można określić) i przeżyć, które stały się jej udziałem w jej dotychczasowym życiu.

Zacznijmy od najprostszej sprawy: od sytuacji materialnej. Myślę, że nie mielibyśmy ani domu, ani mieszkań do wynajmowania, ani drogiego samochodu. Trudno powiedzieć, czy mieszkalibyśmy w jakimś bloku, w mieszkaniu zakładowym albo komunalnym… raczej chyba nie kątem u jej rodziców. Pewnie próbowalibyśmy studiować, mieszkali gdzieś w jakimś wynajętym pokoiku, starali z trudem powiązać koniec z końcem. Czy nasza miłość byłaby wtedy zdolna oprzeć się problemom codzienności? Wiem, że F. nie jest i nie była materialistką, ale była wychowana w kulcie sukcesu, w sensie materialnym. W jej domu rodzinnym liczył się materialny dobrobyt, na pewno nie byłbym uubieńcem jej rodziców, gdybym nie podjeżdzał po nią samochodem, nie mógł ofiarować jej stabilności i względnego dobrobytu. Może gdyby udało nam się obojgu skończyć studia, zaspokoiłoby to ambicję jej mamy i w jakiś sposób poprawiło moją pozycję w rodzinie… ale na pewno ciągle byłbym dla nich „drugim wyborem” … choćby w porównaniu z mężczyznami w rodzaju J., który miał ten przywilej zostania jej małżonkiem.

Tak więc dobrobyt i majątek nie byłyby jej dane. Pewnie też i dzieci nie mielibyśmy aż tyle. Może jedno, gdzieś pod koniec studiów, kiedy zegar biologiczny zaczyna się domagać swoich praw. Albo dopiero po studiach. Nie chciałbym, żeby było to niewłaściwie odebrane, ale ja już wtedy miałem dość wiedzy o sprawach damsko-męskich, żeby nie dopuścić do różnego rodzaju niespodziewanych niespodzianek. A wielodzietna rodzina nie była wtedy moim marzeniem. Nie chciałbym się w tym momencie rozwodzić nad tym, jakie to nasze dziecko by mogło być, gdyby odziedziczyło po nas nasze najlepsze cechy – chociażby dlatego, że nie byłoby żadnej gwarancji, że przejęłoby po nas nasze najlepsze cechy.

Pomijając wiele negatywnych stron, jej życie jako właścicielki i szefowej popularnej i uczęszczanej dyskoteki miało niewątpliwie wiele podniecających i atrakcyjnych aspektów. Podziwiana i otoczona gromadą adoratorów, pośród muzyki i zabawy, to przecież marzenie wielu młodych dziewcząt. Jakże szare i bezbarwne wygląda przy tym życie studentki, czy też żony i matki.

W tym wszystkim powinienem postawić sobie pytanie, czy moja miłość, moje uwielbienie, moje walory duchowe (wtedy jeszcze byłem całkiem przystojny, ale to pominę w rozważaniach), szacunek dla niej, czy to wszystko mogłoby jej wtedy zrównoważyć szarą codzieność?
Wiem, ta codzienność nie musiała być szara … życie studenckie było już wtedy kolorowe, pełne wydarzeń, przygód. Pełne głębi, kiedy trzeba i dosyć płytkie, żeby zalać je alkoholem, kiedy nachodziła kogoś chandra w perspektywie braku perspektyw… Bywało dość prywatek, żeby się wytańczyć do rana i dość koncertów, i innych imprez kulturalnych, żeby zaspokoić najwyszukańsze potrzeby ducha, nawet, jeżeli w kieszeniach były raczej dziury.
Podsumowując, nie ma najmiejszej pewności, czy potrafiłbym wtedy, przed trzydziestu laty i w ciągu tych trzydziestu lat uczynić ją szczęśliwą. Dlatego też wybiłem sobie z głowy zastanawianie się nad tym i przede wszystkim żal i wyrzuty, że wtedy nie spróbowałem zdobyć jej serduszka.

Tak więc nasze drogi rozeszły się przed trzydziestu laty, żeby spotkać się znowu w innym czasie. Jak już wspomniałem, F. wyszła za mąż za starszego od niej mężczyznę, z tak zwanej dobrej (to znaczy: w miarę majętnej) rodziny, z samochodem, dobrym dochodem. Jej życie mogło być bajką, gdyby jej małżonek nie okazał się – i to już w noc po weselu – prymitywnym egoistą, który przez wszystkie te lata uważał ją tylko za swoją własność i nie miał ani wystarczającej głębi ani intelektu, żeby docenić ją i zrozumieć, a przynajmniej starać się zrozumieć. Ale o tym powinna pisać sama F. W moich ustach każda ocena jej życia małżeńskiego byłaby po prostu zbyt jednostronna i stronnicza.