… kiedy właściwie nie ma się nic nowego, nic ciekawego od opowiedzenia, ale nie chce się jeszcze odłożyć słuchawki, bo może to już ostatnia okazja do rozmowy na dzisiaj… właściwie to chce się po prostu umilknąć na chwilę, wtulić się w siebie nawzajem, ale jak uczynić to przez telefon? Ten niedosyt drażni, powoduje, że czujemy niepokój, szukamy jakiegoś punktu zaczepienia, znajdujemy na chwilę – rozmowa ożywia się, nabiera rumieńców, żeby za chwilę znowu oklapnąć – to błogosławieństwo i przekleństwo zarazem, ta technika… daje złudzenie bliskości, nie dając jej naprawdę… drażni, nie zaspokajając… nawet czułe słowa w tym momencie są jakieś wyblakłe, bo brakuje nam dotyku, spojrzenia, tej prawdziwej, nie wirtualnej bliskości…
Niedzielny poranek
Tak mi się dzisiaj jakoś nie chciało wstawać … za oknami szaro i ponuro, ani śladu zimy. Siedziałem wczoraj do późna, jakoś nie chciało mi się spać, byłem zbyt poruszony… wiem, że to moje przewrażliwienie, choć raczej nazwałbym to strachem przed utratą sensu istnienia… Bo przecież bez niej nic nie miałoby już dla mnie znaczenia…
W końcu jednak powlokłem się do łóżka i zasnąłem… i dobrze… Rano wysłałem F. smsa od M. na wszelki wypadek – dobrze zrobiłem, bo F. nie była już sama. Tak myślałem i dlatego też czekałem cierpliwie na znak od niej – i doczekałem się! Nawet mogliśmy chwilkę porozmawiać – ta rozmowa wymazała z mojego serca lęk, rozwiała chmury na moim niebie… usłyszeć z jej ust „Kochany” – to jest balsam na moją skołataną duszę…
Napisałem w nocy do NK, żeby wymazali ten wątek – szkoda, że nie można go moderować, wtedy usunąłbym sam kilka wpisów… ale lepiej jest przenieść się z moją pisaniną tu właśnie, bo, choć chciałbym wykrzyczeć światu moje szczęście, to przcież nie mogę… nie wolno mi… dla jej dobra musimy się jeszcze ukrywać z naszą miłością.
Tymczasem posyłam jej z daleka czuły pocałunek … na skrzydłach mojej tęsknoty…
Spór
Oczy twoje ciskają błyskawice
usta twoje wypowiadają słowa
których może będziesz żałować
W tym momencie nic nie jest ważne
tylko twój gniew twoja złość
twoje rozczarowanie i żal
I kiedy odwracasz się do mnie plecami
obiecuję ci że nigdy ciebie tak nie zostawię
i nie odejdę
Miłość
Schylonej nade mną
twoje włosy łaskoczą
moją twarz
Oddechy nasze
wypełniają przestrzeń
pomiędzy wargami
Wspartej na mojej piersi
oczy jeszcze zamglone
usta jeszcze rozchylone
Na progu nadchodzącej nocy
przyrzekam ci
że będę ciebie kochał
dopóki bije moje serce…
Jeszcze dzień…
… może dwa … i zacznie się trudny czas dla nas obojga. Jak długo jeszcze F. będzie chodziła do pracy, będziemy mieli nasze krótkie chwile poranne, przy telefonie… a potem nadejdą święta…
Dobrze, że F. będzie miała w tym roku u siebie całą rodzinę na święta. To ją zajmie, rozproszy, nie da jej czasu na przemyśliwanie, rozmyślania, tęsknoty. Tak bym chciał, żeby te święta były dla niej radosne… nawet, jeżeli spędzamy je z daleka od siebie… Przez te miesiące – to już prawie półtora roku minęło od chwili, kiedy nasze usta spotkały się po raz pierwszy – stała się ona dla mnie bardziej niż niezbędna. Całe moje życie obraca się w kręgu jej istnienia, jej odległej obecności…
Ach, nie czas na sentymenty… na to będę miał jeszcze długie, grudniowe wieczory… Mam nadzieję, że spadnie dużo śniegu i będę mógł wychodzić wieczorami na spacery, jak kiedyś… czuć płatki śniegu, topniejące na policzkach…
Śnieg
mój cały świat zamyka się
w kropelce deszczu spływającej po szybie
w płatku śniegu wirującym
w świetle ulicznej latarni
sens mojego istnienia
składa się z oczekiwania
liczenia ziarenek piasku
w klepsydrze księżyca
oczekiwania na ten jeden moment
kiedy dotknę jej policzka
kiedy roztopię się chłodną wilgocią
na jej wargach
Okruszki
pozbieram pośrodku nocy
okruszki mojego szczęścia
słodycz twoich warg – rozchylonych
czerwień twoich policzków – rozpalonych
czerń twoich oczu – roziskrzonych
jedwab twoich włosów – zaplątanych w gwiazdach
z okruszków tych stworzę sobie
gorączkę spragnionych ust
płomień stęsknionej skóry
wirujące galaktyki pragnień
wspomnienie naszych poranków
pełnych czułości
i wieczorów nasyconych ciężkim
piżmem pożądania
Na urodziny
tak nieustannie naprzód iść
choć szron przyprósza głowę
i nim laurowy zwiędnie liść
po życie sięgnąć nowe
do starych bogów wznosić głos
zapalić niebo nocą
a czego nie da chytry los
to wydrzeć mu przemocą
na chwilę tylko siądźmy w krąg
pod gwiazdą i pod nowiem
niech krąży kielich z rąk do rąk –
wypijmy Twoje zdrowie
Modlitwa
Kiedy przychodzisz tu na chwilkę
przynosisz mi
powiew wiatru znad wiosennie kwitnących łąk
upalne słońce lata
morską bryzę i jesienny
wilgotny zapach opadłych liści
I śnieżną biel
pokrywającą cały świat
świątecznym płaszczem…
Śnieg twojej skóry
płonący czerwonym ogniem twoich ust
spalający mnie dreszczem przeciwieństw
chłodzący blaskiem twych oczu
Z małej iskierki zapłonął wielki pożar
z płatka śniegu powstała bezkresna zawieja
Z zachwytu chwilą narodziła się miłość –
sycąca się tobą
zachwycająca się tobą…
Teraz – i zawsze…
Cień
Czasem jestem tylko cieniem
u twoich stóp
niezauważony nieistotny
sam cieniem pozostaję w cieniu
codzienności
przyzwyczajeń
czekam na ten jeden dzień
kiedy i dla mnie zaświeci
słońce
kiedy wyjdę z cienia
ja – cień
i stanę obok ciebie
trzymając cię za rękę
