Tyle jeszcze do zrobienia…

… a tak mało czasu zostało. Zakupy jeszcze zrobić – wczoraj kupiłam karpia i gdzieś go „wcięło” – M. żartuje, że pewnie uciekł… To wczorajsze zatrucie tak mnie zwaliło z nóg… potem, późnym wieczorem szukałam tego karpia, ale nie znalazłam. Tak więc kupię jeszcze jednego, żeby nie zabrakło. Ja uwielbiam karpia – bez niego nie ma dla mnie świąt!

Tuż przed wyjściem dzwonił jeszcze Paweł, musiałam napisać wypowiedzenie jego lokatorowi. Poza tym zmartwił mnie wiadomością, że mogą być kłopoty z lotem – dzisiaj jego znajomi siedzą już sześć godzin na lotnisku. M. pociesza mnie, że jutro ma w Dublinie być dużo lepsza pogoda… ale kto to tak naprawdę może wiedzieć.

Ciasta nie będę piekła, kupię u cukiernika na Psim Polu. Zamówiłam dwa kilo pieczarek, muszę odebrać. Czeka mnie jeszcze robienie gołąbków i bigosu. No i sprzątanie. Ciekawe, czy K. postawił w końcu tę choinkę… po wczorajszej imprezie pewnie jeszcze nie doszedł do siebie.

Dzisiaj będę miała pełne ręce roboty do późna w nocy. Potem pewnie padnę. Nawet w święta nie mam szansy, żeby odpocząć… chyba, że wyjdę z domu, na spacer…

M. obiecuje mi, że następne święta będą inne – na pewno będą. Wiem, że on ma na myśli to, że będziemy spędzać te święta razem, ale tego jeszcze nie można teraz z całą pewnością powiedzieć… ale tak naprawdę, to chciałabym mieć takie święta, kiedy ja nie musiałabym się o nic martwić, kiedy ktoś za mnie by wszystko zorganizował i nie zwalał wszystkiego na moją głowę… nie tylko święta, każdy inny dzień… chcę się poczuć kobietą, istotą, która – jak twierdzi M. – stworzona jest po to, by być kochaną, rozpieszczaną… Przy nim tak bym się chyba mogła poczuć…

Tego mi jeszcze brakowało…

… tak się dzisiaj zatrułam – już w drodze powrotnej z miasta robiło mi się niedobrze. Stałam w korku i czułam, jak mnie zaczyna boleć żołądek. Po przyjeździe do domu zrobiłam sobie mocną herbatę i to mnie ruszyło: trzy razy musiałam zwracać, dostałam rozwolnienia, bólu głowy, byłam taka słaba, że musiałam położyć się w ubraniu do łóżka i ciągle było mi zimno. Jakoś udało mi się zwlec do kuchni na dole i ugotować sobie spory garnek kisielu – M. w międzyczasie szukał w internecie, co jest dobre na zatrucie i napisał, że kisiel (woda z mąką ziemniaczaną) jest w porządku – jak mi go brakuje, gdyby on tu był, na pewno zająłby się mną i także wszystkimi innymi rzeczami… zresztą, gdyby on był tu ze mną, to nie miałabym tego stresu i nie byłabym tak podatna na wszystko… chociaż M. uważa, że to była spryskana pietruszka, jakiś pestycyd, albo co.  Ja też myślę, że coś w tym jest – po zjedzeniu kanapek, w których była między innymi pietruszka, zaczęło mnie męczyć.

W końcu po wypiciu więcej jak połowy kisielu poczułam się na tyle lepiej, że mogłam zejść do kuchni i zająć się zakupami – przecież nikt za mnie nic nie zrobi… a jutro mam tyle jeszcze do zrobienia… ale jabłecznika to już dzisiaj nie będę piekła…

Proszek

Jak bardzo trzeba być prymitywnym, żeby chować przede mną proszek do prania? Przecież ja piorę tak samo dla jego synów… w tym praniu nawet nie było nic mojego!

To była chyba przysłowiowa kropla, która przelała dzban… zadzwoniłam najpierw do B. i wyżaliłam się – B. obiecała przyjść jutro i pomóc mi w przygotowaniach do świąt… potem jeszcze zadzwoniłam do mojej mamy i wyrzuciłam z siebie wszystkie te głęboko tkwiące drzazgi, żale, cierpienia… także i to, że nie trzymają mojej strony, tylko wierzą plotkarzom… przeciwko mnie… myślę, że mama była zaskoczona, bo przecież ja nigdy nic nie mówiłam, nie żaliłam się, ona myślała, że wszystko jest dobrze. Teraz chyba jej samej otwierają się oczy na prawdę. Pod koniec rozmowy zaczęła mnie uspokajać, pocieszać, poczuła się niejako odpowiedzialna za mnie…

A J. już w czasie mojej rozmowy z B. przerwał połączenie… podobnie podczas rozmowy z mamą. Co za typ… nawet nie chcę pisać tu, jak go nazwałam, ani czego mu życzyłam… cierpiałam to przez tyle lat – teraz już dość. Nie ma więcej powodu, żebym ja musiała wszystko znosić i siedzieć cicho. Dzieci odchowane… teraz ja mam prawo i najwyższy czas, żeby pomyśleć o mojej własnej przyszłości. Nie chcę jej spędzić pomiędzy kuchnią, pracą i telewizorem. Nie chcę przeżywać czyjegoś życia – chcę żyć moje własne życie. Pełną garścią czerpać ze szkatuły tych wszystkich skarbów, które los mi jeszcze zechce podarować.

Radości moja…

Dziękuję po tysiąckroć za tę cudowną, świąteczną kartkę – za te słowa kochane, pełne ciepła… za Twoje myśli, które towarzyszą mi ciągle i za Twoje najdroższe Serduszko, które bije tuż przy moim… Nie będę się smucił – jakże bym mógł, kiedy los daje mi największe szczęście, największy skarb w całym Wszechświecie: Twoją miłość… 

Za cztery dni…

… Wigilia – niewiele już czasu zostało F. na przygotowanie wszystkiego, a tyle jeszcze przed nią… Zawsze byłem pełen podziwu dla jej siły charakteru, dla jej zaradności, umiejętności radzenia sobie ze wszystkim. Od samego rana do późnego wieczora na wysokich obrotach – nic dziwnego, że, kiedy już zamknie kolejny dzień, to nie ma już na nic ochoty ani siły. Zwłaszcza w tej sytuacji…

Tak sobie myślę, że im dłużej ta sytuacja trwa, tym bardziej prawdopodobna staje się możliwość, że J. skłonny będzie pogodzić się ze stratą i nie będzie tak ekstremalnie reagował, jak na początku. Tym bardziej prawdopodobne jest, że, kiedy F. uczyni następny krok, wszyscy będą już niejako na to przygotowani i obejdzie się bez wielkich scen. A kiedy F. odzyska swoją wolność, nic już nie będzie stało na przeszkodzie, żebyśmy połączyli nasze losy – oczywiście, jeżeli F. będzie mnie jeszcze chciała 

Dłonie

twoje dłonie dotykają
mojej twarzy moich policzków
czerwień paznokci
jak krople krwi w moich włosach

delikatne jak aksamit
czułe jak muśnięcie
porannej bryzy

przynoszą ukojenie
rozchylają kurtynę
teatru tajemnic

nie pozwolę
żeby codzienność
odebrała twoim dłoniom
jedwabistą miękkość

Stałość i zmienność

Stałość nie oznacza braku postępu, rozwoju, zamknięcia się w skorupie jak żółw. Stałość nie może być kamieniem u nogi, nie może podcinać skrzydeł… kto tak rozumie stałość, jako uparte  trzymanie się archaicznych reguł, ten jest po prostu zapatrzonym w siebie twardogłowcem. Przykładem niech będzie słynna Matka Teresa z Kalkuty, ogłoszona błogosławioną za jej bezprzykładne poświęcenie dla trędowatych w Indiach. Mało kto jednak wie, że ta sama Matka Teresa jak kierowniczka tamtejszego szpitala odmówiła wielokrotnie przyjęcia darowizny w postaci nowoczesnego sprzętu medycznego czy wyposażenia szpitala, bo to w jej przekonaniu było sprzeczne z koncepcją jej „poświęcenia” i ślubowanego przez nią i jej podwładnych „ubóstwa”. Nikt nie może ocenić, ilu chorym odebrała ona przez to szansę wyleczenia, ilu skazała tym samym na śmierć w mękach… ale przecież „cierpienie uszlachetnia”…?

Stałość oznacza wiarę w ideały. Ale nie ślepą, lecz nieustannie się rozwijającą i doskonalącą. Stałość oznacza wyciągać rękę do gwiazd – kiedyś były to ogniki na niebie, dzisiaj wiemy, że to są odległe słońca, wokół których krążą planety, księżyce…

Są aktorzy, którzy całe życie grają podobne role… amantów, buntowników albo życiowych nieudaczników. Tragiczne, komiczne… a kiedy raz odważą się zagrać inną rolę, będą piętnowani za „zmienność”. Inni wcielają się z każdą rolą w inne postacie, wydobywają z każdej głębiny uczuć i bezkresne horyzonty myśli… grają nawet postacie odmiennej płci… postacie, które różnią się diametralnie od ich własnych osobowości. Ale czy oni są przez to zmienni? Czy, kiedy zmywają z twarzy szminkę i wracają późno w nocy do domu, czy są za każdym razem inni? Niekoniecznie…

Są poeci, którzy opiewają piękno i tacy, którzy szokują obrazami trudnymi, kontrowersyjnymi. Są tacy, co piszą wzniośle i tacy, co używają języka ulicy. Nikt nie nazwie Mickiewicza infantylnym, tylko ze wzgłędu na to, że gdzieś w „Dziadach” opisuje Zosię:

„Na głowie ma kraśny wianek,
W ręku zielony badylek,
A przed nią bieży baranek,
A nad nią leci motylek.”

… ale oczywiście, co wolno wojewodzie, to nie tobie, kasztelanie…

Życie nie jest idyllą i poezja, która jest autentyczna, musi być zmienna, jak życie. Musi reagować na przepływ czasu, uwieczniać chwilę, jak zdjęcie. Tak, jak i zdjęcie, może wiersz być udany, albo i nie. Prześwietlony, przekontrastowany. Czarno-biały. Czasami nawet musi być taki, jeżeli poeta chce coś więcej pokazać, niż tylko opis jakiegoś momentu, jakiegoś uczucia. Musi być porywający, czasem kontrowersyjny. Czasem przyziemny, żeby zwrócić uwagę na zaczarowaną grę obłoków – albo odlotowy, żeby uświadomić odbiorcy szarość rzeczywistości. 

Codziennie rano wychodzę do ogrodu… te same drzewa, te same krzewy… jeżeli pominąć wpływ pór roku i pogody, to nic się przecież nie zmienia… a jednak każdego ranka mam inne impresje, inne uczucia, patrząc na ten ogród. Bo każdego ranka jestem bogatszy o doświadczenie, przeżycia, emocje. Pewnego dnia zbaczę, że na pobliskiej sośnie uwiły gniazdo sroki. Że uschła gałąź rosnącej przy murze jabłoni. I może napiszę wtedy wiersz o przemijaniu, wiersz pełen smutku – choć przecież jestem szczęśliwy, zakochany i kochany przez najcudowniejszą kobietę w całym uniwersum… skądże więc ten smutek?

Mam oczy otwarte – i serce… patrzę, chłonę otaczający mnie świat… wybiegam daleko, w nieznane… i zawsze wracam do niej, do tej jedynej, która jest moją ostoją, stałym punktem w wirującym wszechświecie. Tak, jak i ja jestem dla niej stałym punktem w jej wirującym wszechświecie. Nawet, jeżeli czasem sama w to wątpi.

A tymczasem…

… to F. pogoniła mi kota…  Wracając ze spaceru z A. zadzwoniła do mnie i prawie że wyśmiała moje lenistwo, zgoniła mnie z kanapy i tak mi wjechała na ambicję, że nie tylko wyszedłem na dwór, ale nawet odśnieżyłem dookoła, włącznie z częścią, przypadającą moim sąsiadom… i dzięki jej za to, mojemu Promyczkowi… mam teraz zmarznięte uszy, ale nawdychałem się świeżego powietrza i poruszałem trochę 

SONY DSC

Tylko w pewnym momencie przypomniały mi się spacery z moim pieskiem… to już prawie rok, jak się z nim rozstałem… mam nadzieję, że jest mu dobrze… nie dopytywałem się u jego nowej właścicielki – sam bym też nie chciał, żeby u mnie ktoś w takiej sytuacji się dopytywał…  Przez chwilkę było mi trochę smutno, ale przecież tak było najlepiej i dla niego, i dla mnie… ale drugiego takiego psa nie ma na całym świecie… przez całe moje życie byłem wrogiem psów, nie ufałem im, bałem się ich – co ma niewątpliwie związek z kilku nieprzyjemnymi przeżyciami z dzieciństwa. Biscuit wyleczył mnie ze wszystkich uprzedzeń… Ale dość tych refleksji. Czas zbierać się do łóżka… jutro rano pobudka… jak zwykle… i dużo pracy…