I tak rozpoczął się kolejny tydzień.
W weekend była u mnie M. – nagadałyśmy się za wszystkie czasy, siedziałyśmy w sobotę do trzeciej nad ranem. Podobało jej się u mnie, cieszy mnie to bardzo. W niedzielę odwiozłam ją do domu, po drodze zatrzymała nas policja – z powodu tych żółtych świateł w moim aucie. Na szczęście policjant był bardzo miły i w końcu pozwolił nam jechać, tylko zobowiązał mnie do jak najszybszej wymiany świateł. M. chciała mnie zatrzymać u siebie do poniedziałku, trochę też z powodu pogody (droga była bardzo śliska miejscami), ale ja wolałam wrócić do siebie – tak, właśnie tak pomyślałam… to dobry znak…
Dzisiaj w pracy smutna wiadomość: zmarła moja Pani Profesor – już od dawna chorowała na raka i w końcu choroba zwyciężyła.
Po pracy wróciłam do domu, zaparkowałam na ulicy, ale nie byłam zadowolona – moje auto było pierwsze w szeregu, zaraz za pasami, bałam się, że ktoś może mi wjechać w tył. Spróbowałam zaparkować w innym miejscu i zezłościłam się na własną nieporadność. W końcu w desperacji wjechałam na podwórko! M. już od dawna mnie do tego namawiał, ale dopiero moja własna desperacja sprawiła, że odważyłam się przejechać przez ten ciasny wjazd. Także w sumie nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. M. uważa, że nie powinnam od siebie wymagać wszystkiego – stwierdził, że mam tyle talentów, że parkowanie mogę sobie odpuścić. W końcu jestem kobietą i powinnam być wożona 😆
M. ma w środę spotkanie z kierownictwem dużej firmy, może dostanie tam pracę, albo przynajmniej ofertę współpracy. Trzymam kciuki… ale on się tym za bardzo przejmuje. Będzie, jak ma być.