Za oknami

Za oknami za szybami
wiszącymi gałęziami
noc się włóczy po ulicach
po kałużach i księżycach

Za oknami za szybami
po chmurami i gwiazdami
mgła otula mroczne liście
mgliście dżdżyście i srebrzyście

Za oknami za szybami
milczącymi wspomnieniami
wszystkie drogi nieistotne
słowa puste dni samotne

Za oknami za szybami
chwila ciszy między nami
dotyk dłoni ust muśnięcie
rozgwieżdżone wniebowzięcie

Czas

czas spełnienia czas milczenia
czas sennego zapomnienia
czas tęsknoty chmur i słoty
bez dotyku bez pieszczoty

czas biegnący czas raniący
tęsknot cichych nie kojący
między nami poza nami
pod drzewami obłokami

czas cichości czas radości
czas bliskości i miłości
pocałunku i objęcia
pod gwiazdami wniebowzięcia

Dużo czasu upłynęło…

… od ostatnich odwiedzin F. tutaj – nic dziwnego, po pracy jest cały czas (prawie) ze mną, tak więc poezja oddalenia ustąpiła miejsca prozie codzienności. Na dodatek mamy teraz inne, bardziej konkretne zmartwienia. Jakkolwiek jest nadzieja, że wkrótce ten najważniejszy problem – finansowy – zostanie rozwiązany, że znajdę w końcu pracę, to jednak jeszcze za wcześnie na „odsapkę”… a potem? F. twierdzi, że nie przeszkadzałoby jej to, gdybym przyjeżdżał tylko na weekendy – może i tak by było…  może to nam obojgu by dobrze zrobiło, mieć więcej czasu dla siebie… ale czy nie brakowałoby jej kogoś, kto jest przy niej blisko, troszczy się o nią, przytula, kiedy zmęczona wraca z pracy…? Czy takie „weekendowe małżeństwo” to naprawdę to, co by ją satysfakcjonowało? W końcu Drezno (jeżeli zostałbym w Dreźnie) nie jest tak daleko – w razie czego zawsze mogę podskoczyć do Wrocławia. Jeżeli ma się pieniądze, dobry samochód, to ta odległość nie jest zbyt duża…

Jedno jest faktem, działalność mi nie służy, a jeszcze mniej mojemu portfelowi. Jak sobie pomyślę, że każdego miesiąca na moje konto mogłaby wpływać suma, którą teraz z trudem zarabiam i od której nie musiałbym już nic płacić, ani ubezpieczeń, ani podatków… to stać by mnie było nie tylko na utrzymanie tego mieszkania we Wrocławiu, ale i na urządzenie mieszkania w Dreźnie, na zakup potrzebnych mebli, lodówki, pralki… stać by mnie było nawet na odłożenie co miesiąc pewnej sumy, na wiele innych przyjemności, moglibyśmy chodzić z F. do teatru, na koncerty. Wyjeżdżać na atrakcyjne urlopy… mógłbym dostać bez łaski kredyt na lepszy samochód dla siebie (jeżeli nie będę miał firmowego), dla F. Może nawet kupić duży, nowoczesny telewizor, laptopa… ach… pieniądze szczęścia nie dają, ale pozwalają na dużo przyjemności, jak się już to szczęście ma

Czas spełniony

jeszcze jedna chwila

opadający z laurowego wieńca wyschnięty liść
rozcina ostrą krawędzią brzemienność czasu

na przystanku pomiędzy
gałęzią kwitnącej akacji
i niespokojnym oddechem
jak po długim biegu
czekamy

pierwsze słowo nie padnie
jak ziarno na skalisty grunt
usta stworzone do wypowiadania
innych słów rozchylone
w niemym zachwycie

w lustzanej powierzchni stawu
odbija się odbicie księżyca
za zasłoną wierzbowych gałęzi
przyczaił się mrok

zanim zamkniemy znużone powieki
spełni się nasz czas

Czas zamknąć…

… zbiorek wierszy „Feniks i róża” i rozpocząć inny cykl – nie wiem jeszcze, jaki będzie miał tytuł…

„Feniks i róża” są moim podarunkiem dla F. – może kiedyś będzie chciała (spróbować) go gdzieś opublikować… kiedyś rozmawialiśmy o tym, że może wybierze z pięćdziesiąt najlepszych utworów i spróbujemy przesłać je do różnych wydawnictw – ale to jest jej wyłącznie decyzja.

Klatka

dalekich fal horyzonty
szum wiatru w gałęziach sosen
można zamknąć w klatce
zaborczych palców i dłoni

postawić serce na straży
otoczyć kordonami myśli
związać czułymi słowami
spętać przysięgami miłości

choć czasem trudno
oddając siebie bez reszty
nie pragnąć niczego dla siebie

zostawię zawsze dla ciebie
drzwi na oścież otwarte

Podziały

przez tę rzekę która nas dzieli
budujemy kamienne mosty
nocnych latarń blade iskierki
i stuk kopyt na kostce z granitu

w murze złudzeń który nas dzieli
wykuwamy mozolnie otwory
drzwi i okna na żelaznych zawiasach
zawieszamy drewniane żaluzje

w sennym czasie który nas dzieli
napełniamy piaskiem klepsydry
krąg wskazówek jak księżyca poświata
i milczenie jak most między nami

Nad morze

F. pojechała dzisiaj rano z synową, wnusią i najmłodszym synem nad morze, do Mielna. Mieli wyjechać o 3:30, o trzeciej zbudziłem ją, ale – jak znam życie – wyjechały pewnie koło czwartej. Także przed dziewiątą, dziesiątą nie ma się co spodziewać wiadomości – jeżeli F. będzie w ogóle o tym pamiętać w ferworze szukania pokoju, przy marudzącej wnusi no i przy wszechobecnym szumie morskich fal…

Życzę jej pogody, słońca, udanego, choć krótkiego wypoczynku… z daleka ode mnie…

Mgliście

moje godziny przepływają obok
jak obłoki po szarym jesiennym niebie
bez pieszczoty bez pocałunku
bez promienia słońca dotykającego delikatnie
późno dojrzewające poziomki

czas mój jest otulony mgłą
od okna do drzwi rozpościera się
mój wszechświat przedzielony
czekaniem na dzwonek telefonu
do drzwi przecież nikt nie zadzwoni

oczy moje szukają pod powiekami
zatrzymanego obrazu minionych chwil
dłonie moje szukają obok mnie na pościeli
wspomnienia krągłości twoich ramion
niecierpliwej gorączki twoich ud