Święto, dzień leniwy… Wstałam koło południa, gdzieś przed 11, nie ćwiczyłam rytuałów, nie wskazane przy okresie, toteż miałam wytłumaczenie dla siebie, nastawiam na kawkę i zrobiłam sniadanko. Po rozmowie telefonicznej z moim M. i życzeniach miłego dnia, zabrałam się za zdjęcia, ach, jest tego tyle i ciągle nieuporzadkowane. Już nie ogarniam, tyle czasu schodzi. Janusz zadzwonił o pieniądze, rozliczyłam go i przyjechał po 13, w drodze na wesele do Piotrka. Wyniosłam mu do samochodu.
Potem przyszedł czas na obiad, odgrzałam zupkę, usmażyłam rybki, potem jadłam, jadłam… I musiałam uprzatnąć zdjęcia, jeszcze nie całkiem poukładane. Około 17 wybrałam się z książką Urszuli Dudziak do parku na ławeczkę poczytać i trochę pobyć na powietrzu, trochę na słoneczku. Nie jest już tak ciepło, a ja byłam z gołymi nogami w japonkach i letniej wygodnej sukience więc szukałam miejsca w słońcu. Pustą ławkę w słońcu, znalazłam blisko kościoła. Przyjemnie było. Z poczatku, na ławce po drugiej stronie siedziały dwie młode mamuśki, były dosyć głośnie i nie przebierały w słowach. Ale na szczęście wyniosły się szybko. Potem zaczepiło mnie dwóch chłopaków ale spojrzałam na nich pytająco, przesunęłam koszyczek do siebie i założyłam na rękę, tak jakbym bała się, że mogą mi zabrać, wycofali się, pewnie z daleka myśleli, że jestem młodsza. Długo był spokój i z wielką ciekawością chłonęłam opowiadania Urszuli, ale nie dane mi było dłużej tam zostać. Zbliżał się starszy, duży facet, mógł mieć 65 góra 70 lat i z daleka:- jakie ma pani piękne nóżki, tylko całować, chciałoby się schrupać. Jestem dojrzały i znam się na tym, śliczne nóżki, tylko pieścić, wiem co mówię. Mówi to były kierownik socjalny Aspy. Wypiłem trochę, jestem wdowcem i zaczął się przysiadać. Przepraszał ale dalej był namolny. Z początku nie mogłam sie powstrzymać od głośnego śmiechu ale jak się przysiadł, wiedziałam, że trudno będzie się go pozbyć, więc wstałam i wróciłam do domu. Zrobiłam kawkę i poczułam głodzik, pora na kolację…