Nasza dziesiąta rocznica

Przed dziesięciu laty w Urzędzie Stanu Cywilnego w Fürth połączyliśmy – formalnie – nasze losy na resztę życia. Dziesięć lat minęło, odkąd zamieszkaliśmy razem w naszym małym gniazdku na skraju łąki, pod wielkim dębem. Dziesięć lat za nami – rocznica nazywana cynową – i jeszcze oby jak najwięcej przed nami. Czy uda nam się dożyć srebrnych godów? Mamy taką nadzieję…

Za tydzień wybieramy się do Salzburga – trochę jakby w podróż „poślubną”, a trochę jakby w przyszłość: być może tam właśnie, w którejś z podalpejskich miejscowości, przyjdzie nam spędzić kolejne lata naszego wspólnego życia.

Dzisiaj świętujemy trochę tylko – przy lampce dobrego wina powspominamy te minione lata i tę całą historię, która zaczęła się pewnego wrześniowego dnia na szkolnej akademii przed ponad trzydziestu pięciu laty…

Zaczęło się mimozami

i piosenką Niemena, dawno temu. Po dziesiątkach lat naszych zawiłych dróg życiowych słowa tego wiersza Juliana Tuwima, wyśpiewane przez Niemena, zbliżyły nasze serca, po raz pierwszy otworzyły przed nami nowe horyzonty, obudziły w nas nowe nadzieje. Schwytaliśmy nasze szczęście, jak tego gołąbka, który zabłąkał się w mrocznym wnętrzu kawiarenki na wrocławkim Rynku.

Dzisiaj wspominamy nasze początki i cieszymy się na przyszłe dni – dni pełne miłości.

Grudzień

Krople oceanu ścigają się po szybie
w pędzie do zapomnienia
bezsensownie jak cały ten deszcz

za szybą grudzień daremnie
próbuje rozwiązać skradziony Mikołajowi
worek ze śniegiem

Sanki bezużytecznie gnuśnieją w piwnicy
dla stojaka na choinkę jest
jeszcze nadzieja na ciepło pokoju

Jesienny obraz

zachodzącego słońca pożar rozpalony
wplątaną w włosy wiatru iskrą jarzębiny
uwięziony znienacka jak zmęczona wrona
w szponach suchych konarów prastarego dębu

jeszcze jeden liściokręt zabłąkaną mrówkę
unosi w dal na falach mgieł wstających z pola
wiruje i opada i znowu w przestrzeni
przecina linię słońca ostatnich promieni

patrzę jak czas przecieka pomiędzy słowami
pomiędzy niespełnieniem i niedomówieniem
otulam moją głowę skłębieniem obłoków
i zanurzam się w ciemność nadchodzącej nocy

Najserdeczniejsze życzenia…

Mała dziewczynka na huśtawce

U taty na rękach
Z mamą i siostrą – w białym płaszczyku

W białej bluzeczce i granatowej spódniczce
Pełna napięcia na egzaminie maturalnym
Uśmiechnięta na maturalnym balu

Za barem – królowa dyskoteki
pożądana i podziwiana
tańcząca Cyganka na parkiecie

W kostiumie na komunii synka
W sukni na weselu
Zamyślona w sylwestrową noc

W burzy czarnych loków przy wejściu na scenę
Niedostępna i nieodgadniona
Otoczona niezmiennie kręgiem wielbicieli

Ty

Jak to się stało
Że mnie – zwykłemu śmiertelnikowi –
Wolno jest składać codziennie na Twoim ołtarzu
Moje zakochane serce…?

Wołanie

Jak mam Ciebie zawołać
kiedy pośrodku nocy
wystygło już Twoje miejsce
obok mnie na poduszce?

Jak mam Ciebie zawołać
kiedy o poranku
moja wyciągnięta dłoń
dotyka Twojego ramienia?

Jak mam Ciebie zawołać
kiedy w żarze południa
stoję zagubiony na rozstajach
dróg wiodących do nikąd?

Jak mam Ciebie zawołać
kiedy na wieczornym niebie
jak pierwsze gwiazdy zapalają się
we mgle uliczne latarnie?

W samotności nieprzespanych nocy
W miłosnym uniesieniu o poranku
W trudzie codziennej wędrówki

Na pustyni wyziębłej pościeli
Na falach rwącej rzeki czasu
Na bezkresach Mlecznej Drogi

Zawołam Ciebie
najpiękniejszym imieniem:
Jolanto!

smutno…

… mi… Do diabła!

Jak orchidea pośród polnych kwiatów
ze wszystkich kobiet najpiękniejsza
Czarodziejko wieczornej godziny
jedyna moja Miłości

Uplotłem koszyk z księżycowej poświaty
żeby zebrać naręcza słów jak obłoki
ustawić je za sobą w równym szeregu
dla Ciebie Kochana

Ze wszystkich słów najpiękniejsze Twoje imię
niosę w ciemną noc jak pochodnię
modlitwy która zbawi mnie i zaprowadzi
do Twoich ust

Jolanto… Jolu najsłodsza…

Cień

czasem przemykam pod ścianą
jak cień bezsennego księżyca
w chybotliwym blasku
starych gazowych latarni

czasem zatrzymuję się
żeby zerwać kwiat paproci
żeby zostawić na murze
ciepłe wspomnienie mojej dłoni

kiedy nikt nie czyta moich słów
kiedy nikt nie próbuje odgadnąć moich myśli
kiedy nikt nie wypatruje w mroku mojej sylwetki
wtedy jestem tylko cieniem…

Nieświadomość

kto nie poznał smaku twoich ust
ten nie wie co to jest prawdziwa słodycz

kto nie doświadczył twoich pieszczot
ten nie wie co to znaczy spłonąć w ogniu namiętności

Kto nie odnalazł się w twoich oczach
ten nie zna dróg przez bezdroża galaktyk

kto nie spotkał ciebie
ten nie wie co znaczy miłość

Tej Jedynej

jedwabistość Twych włosów i skóry aksamit
śpiewam pieśnią anioła wygnanego z raju
pod księżycem i niebem splątanych obłoków
gdzie jabłoń i gdzie wierzba na drogi rozstaju
Ty – zmysłów nasycenie – w malinach i w ustach
spełniasz więcej niż każde słodkie przyrzeczenie
i gdy wieczór nadchodzi w mglistej pelerynie
wódź mnie wódź na manowce i na pokuszenie
zapisz na mych powiekach obraz Twojej twarzy
zaczaruj na mych dłoniach zapach Twego ciała
bądź mi moim zbawieniem i bądź moją zgubą
Ty – Kobieto – jedyna – piękna – doskonała…