Podziały

przez tę rzekę która nas dzieli
budujemy kamienne mosty
nocnych latarń blade iskierki
i stuk kopyt na kostce z granitu

w murze złudzeń który nas dzieli
wykuwamy mozolnie otwory
drzwi i okna na żelaznych zawiasach
zawieszamy drewniane żaluzje

w sennym czasie który nas dzieli
napełniamy piaskiem klepsydry
krąg wskazówek jak księżyca poświata
i milczenie jak most między nami

Mgliście

moje godziny przepływają obok
jak obłoki po szarym jesiennym niebie
bez pieszczoty bez pocałunku
bez promienia słońca dotykającego delikatnie
późno dojrzewające poziomki

czas mój jest otulony mgłą
od okna do drzwi rozpościera się
mój wszechświat przedzielony
czekaniem na dzwonek telefonu
do drzwi przecież nikt nie zadzwoni

oczy moje szukają pod powiekami
zatrzymanego obrazu minionych chwil
dłonie moje szukają obok mnie na pościeli
wspomnienia krągłości twoich ramion
niecierpliwej gorączki twoich ud

Nie wysłuchany

Wędrownego barda lutni zerwaną strunę
Strofy poezji których nikt nie czyta
Bezsenne z lęku przed porankiem noce
Zmęczone niespokojnym rytmem serce

Ciężar powiek w smudze księżycowej poświaty
Zmarszczki te od zmartwień na czole
I te od uśmiechu w kącikach oczu
Kiedy szukasz mojej dłoni w półśnie

Daję ci na drogę w zwyczajny dzień

Fiołek

Jesteś – jak nieuchwytna czerwień zorzy
O poranku… W płomieniach malw i róż
Lekkimi krokami wybiegasz naprzeciw słońcu
A włosy twoje splątane nadmorską bryzą
Niesyta pieszczot twoja aksamitna skóra
Tylko kropla rosy chłodzi jej gorączkę
Albo leciutki dotyk moich warg…

Kiedy sycę je słodyczą twojego imienia…

Wpatrzony

wpatrzony w twoje oczy
niczym w mrok co się mroczy
w nocy całun zaplątany w bzu kiście
tak jasny od księżyca
co się tobą zachwyca
i twe ciało tak rozgwieżdza srebrzyście

niespokojnym mym cieniem
wpół snem a wpół westchnieniem
plączę ścieżki zagubione w ciemności
obudzę się o świcie
na błękitnym niebycie
i zapragnę słońca twojej miłości

Pragnienie

uwielbiam piersi twoich najsłodszy sakrament
ust mych nienasyceniem łapczywością dłoni
pieszczotą co rozpala zmysłów moich pożar
i choćby tylko w myślach przyprawia o drżenie

przed warg mych głodnym ogniem nic cię nie ochroni
gdy porwę cię na wieki w duszy mojej zamęt
spalę twych sutków pączki żądz moich płomieniem
zanim na ciała twego zabłądzę bezdrożach

zanurzę mą pochodnię w wilgoć twego krzyku
wypalę cię wulkanem mego pożądania
i porwę cię zdyszaną i słoną od potu
i zliżę z twoich piersi nektar zmartwychwstania

Nie jestem

nie jestem godny
twojego spojrzenia
nie jestem wart
twojego uśmiechu

powiadasz
złudzenia

ja nie poszukuję
innych złudzeń
daleko od ciebie
od twoich ramion twoich ust

mnie nie potrzeba
innych oczu innych dłoni
innych słów innych zachwytów
innych pieszczot innych podniet

tylko ciebie

Daleko

tak daleko stąd do nieba
stromych schodów zaplątanie
wody łyk i kąsek chleba
znaczą moje zmartwychwstanie

tak daleko do twych dłoni
dotyk ich na mojej twarzy
i w minionych chwil pogoni
sen co już się nie przydarzy

czas co kurczy się na zimnie
drżąc w przestrzeni nocnym drżeniem
i że już nie jesteś przy mnie
i że tylko to wspomnienie

ust twych słodycz zamyślenia
tuż przed linią nieboskłonu
przyszłych czasów nie odmienia
jak dźwięk weselnego dzwonu

jeszcze tylko w środku nocy
kropla księżycowej rosy
zawilgoci moje oczy
i rozsrebrzy twoje włosy

Poranek

pomyśl czasem o mnie
kiedy o poranku
nie chce ci się otworzyć
zaspanych oczu

pomyśl czasem
gdzieś daleko ktoś
czeka na jedno twoje słowo
na jeden twój uśmiech

ktoś kto bez ciebie
nie umie rozpocząć dnia
bez modlitwy
twojego imienia

kto nie umie zasnąć
bez cienia twojej głowy
tuż obok
na poduszce

komu nie starcza
powietrza
wody
pokarmu

z dala od ciebie…