Znak losu, ciąg dalszy

Często w życiu miałam wrażenie, że coś mnie prowadzi. Różnie to interpretowałam, coś w rodzaju Anioła Stróża albo przeciwnie – kuszenie Szatana. Ciągle byłam w konflikcie ze sobą, z moim idealistycznym, kolorowym widzeniem świata, konfrontacja z otoczeniem, z szarą codziennością była zwykle bolesna dla mnie. Moje rozdarcie wewnętrzne pogłębiało nerwicę. Brat wyjechał z J. do pracy, do Niemiec. Tam remontowali dyskoteki i tam narodził sie pomysł na dyskotekę tutaj. Brat zainicjował, rozkręcił pomysł i wszystko potoczyło się tak szybko, wygralismy przetarg na dzierżawę, potem w rekordowym tempie (remont i załatwianie wszystkiego zamknęliśmy w miesiącu) zarejestrowaliśmy spółkę i na „wariackich papierach” zaczeliśmy zupełnie nam nieznaną działalność rozrywkową, dopiero w trakcie pojawiały się braki typu brak jakichś odbiorów ale to były jeszcze dobre czasy dla prywatnej inicjatywy a działalnoiść nasza okazała się strzałem w dziesiątkę. Otworzyliśmy największą dyskotekę w O. w Pałacyku pod Blachą (byłym kasynie wojskowym) z pięknym, przyległym terenem, który doprowadziliśmy do stanu używalności, świetności. Wzrósł nasz prestiż, popularność. Za barem i nie tylko za barem, w urzędach, zaczęłam nabierać poczucia własnej wartości, urody, kobiecości, miałam wokół wielbicieli i nie chodzi mi tylko o wypitych klientów… Czułam się pewniej w kontaktach z ludźmi. Moje zachowanie, moje ruchy stawały bardziej zdecydowane, zmysłowe… Mam naturę kokietki, żywą uczuciowość i potrzebę przeżywania. Ale przecież byłam żoną zaborczego, chamskiego typa, ojca trójki moich dzieci i zależna od niego pod wieloma względami. Lęk nie powstrzymał mnie od przeżywania pięknych chwil. Moje dotąd skrywane potrzeby, pragnienia obudziły się i nic nie mogło ich powstrzymać.

Zapisane chwile

Święto, dzień leniwy… Wstałam koło południa, gdzieś przed 11, nie ćwiczyłam rytuałów, nie wskazane przy okresie, toteż miałam wytłumaczenie dla siebie, nastawiam na kawkę i zrobiłam sniadanko. Po rozmowie telefonicznej z moim M. i życzeniach miłego dnia, zabrałam się za zdjęcia, ach, jest tego tyle i ciągle nieuporzadkowane. Już nie ogarniam, tyle czasu schodzi. Janusz zadzwonił o pieniądze, rozliczyłam go i przyjechał po 13, w drodze na wesele do Piotrka. Wyniosłam mu do samochodu.

Potem przyszedł czas na obiad, odgrzałam zupkę, usmażyłam rybki, potem jadłam, jadłam… I musiałam uprzatnąć zdjęcia, jeszcze nie całkiem poukładane. Około 17 wybrałam się z książką Urszuli Dudziak do parku na ławeczkę poczytać i trochę pobyć na powietrzu, trochę na słoneczku. Nie jest już tak ciepło, a ja byłam z gołymi nogami w japonkach i letniej wygodnej sukience więc szukałam miejsca w słońcu. Pustą ławkę w słońcu, znalazłam blisko kościoła. Przyjemnie było. Z poczatku, na ławce po drugiej stronie siedziały dwie młode mamuśki, były dosyć głośnie i nie przebierały w słowach. Ale na szczęście wyniosły się szybko. Potem zaczepiło mnie dwóch chłopaków ale spojrzałam na nich pytająco, przesunęłam koszyczek do siebie i założyłam na rękę, tak jakbym bała się, że mogą mi zabrać, wycofali się, pewnie z daleka myśleli, że jestem młodsza. Długo był spokój i z wielką ciekawością chłonęłam opowiadania Urszuli, ale nie dane mi było dłużej tam zostać. Zbliżał się starszy, duży facet, mógł mieć 65 góra 70 lat i z daleka:- jakie ma pani piękne nóżki, tylko całować, chciałoby się schrupać. Jestem dojrzały i znam się na tym, śliczne nóżki, tylko pieścić, wiem co mówię. Mówi to były kierownik socjalny Aspy. Wypiłem trochę, jestem wdowcem i zaczął się przysiadać. Przepraszał ale dalej był namolny. Z początku nie mogłam sie powstrzymać od głośnego śmiechu ale jak się przysiadł, wiedziałam, że trudno będzie się go pozbyć, więc wstałam i wróciłam do domu. Zrobiłam kawkę i poczułam głodzik, pora na kolację…

Znak losu

Los nam daje znaki, czasami przyspiesza bieg rzeczy. Musimy tylko dostrzegać jego znaki i właściwie interpretować, oczywiście pozytywnie. Jest kilka ważnych zwrotów w moim życiu, w moim dojrzewaniu. Przekonałam sie, że nie można być biernym i poddawać się prądom życia, które niosą nas mimo woli i przekonania co do słuszności ich kierunku. Płynąć z prądem jest prościej, nie ryzykujemy (tak nam sie wydaje) wywrotki, łatwo ulegamy rutynie… Pierwszy, ważny mój zwrot, to czas samotnej matki, kobiety, kochanki, bez szans na szczęście. Ulegałam nastrojom destrukcyjnym, wyniszczałam swoje zdrowie. Był to pewnego rodzaju bunt ale skierowany przeciwko sobie. Kiedy w wieku 31 lat, mając już trójkę dzieci, po wyjściu z kliniki, w któej się znalazłam wskutek autodestrukcji, nerwicy wegetatywnej, spojrzałam w lustro i dostrzegłam w nim plamę, szarą plamę bez wyrazu, radości i chęci życia, zaczęłam się zastanawiać nad sensem swojego życia: przecież nie chcę tak żyć, tak wyglądać… Albo dążyć do tego aby moje życie nabrało barw, radości, albo od razu usunąć się z niego, nie zarażając swoim nieszczęściem innych i już nie znosić więcej upokorzeń… Postanowiłam odwrót i zaczęłam pracę nad sobą. Czułam się osamotniona, zakompleksiona, słaba… Jednak obiecałam sobie, że nie będę płakała i cierpiała z powodu jakiegokolwiek faceta, w rzeczywistości mój mąż sprawił to, że nienawidziłam wszystkich mężczyzn (no, może nie do końca wszystkich), nie mogłam się pogodzić z takim przedmiotowym traktowaniem kobiet w zapyziałym, wiejskim środowisku!

C.d.n.

Perspektywy widzenia

Wiadomo, że punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. Jest jeszcze kilka tego typu mądrości życiowych : „jak wejdziesz między wrony musisz krakać tak jak one”, „z kim przystajesz takim się stajesz” i jeszcze: „nie daleko pada jabłko od jabłoni”.  Oczywiście, jest tak! Jakże więc trudno wyrwać się, uwolnić od schematów, nawyków utrwalonych przez długie lata? Najtrudniejsze do zmiany są schematy myślowe, wszystko ma początek w naszej głowie. Z niej się biorą również nasze choroby (psychosomatyczne). Nie wszyscy jednak potrzebują zmian. Hierarchia priorytetów życiowych jest inna dla różnych typów osobowości. Inna dla osoby z parciem na sukces po trupach, zupełnie inna dla wrażliwej, pełnej ideałów.  A wszystko to jest jeszcze zamknięte w ramach środowiska w jakim się wychowuje, dojrzewa. Jest jeszcze coś takiego jak szczęście, los zapisany w hologramie naszego istnienia?

Wielki Tydzień

I następne święta za pasem. Pogoda jak przed Bożym Narodzeniem, zimno, tylko dzień troszeczkę dłuższy ale mroźno. Dzisiaj już wtorek, wczoraj były imieniny szefowej. Impreza była przy suto zastawionym stole, Maria się postarała. Były sałatki, galaretki drobiowe, kuleczki mięsne i moja ulubiona melba w wykonaniu mamy szefowej. Trochę mi zepsuła nastrój przesyłka z urzędu celnego, namieszało się, Dawid nie potrafił mi dobrze wytłumaczyć i musiałam po pracy odkręcać pomyłkę na poczcie u naczelnika. Wieczór zrobiliśmy sobie leniwy popijając drinka, aczkolwiek trochę czasu poświęciłam na porządek w kuchni, odkurzyłam dokładnie podłogę w sypialni i przedpokoju, a nawet poćwiczyłam, co prawda nie cały trening ale dużo brzuszków. Zaraz po pracy jadę do banku zasilić konto i sprzedać euro.

Następny dzień

Wczoraj wieczór miałam nerwowy za sprawą kłopotów z internetem, wydzwaniałam na infolinię, coś jest nie tak, albo za słabe łącza albo licho wie. W ciągu 48 godzin ma się zgłosić monter. Dosyć późno trafiłam na bardzo dobry film Jandy „Pestka”. Nie czytałam książki ale było o niej głośno. Film (na „Kulturze”) od razu mnie wciągnął, sama obsada mówiła za siebie. Zdzisiu zadzwonił i też się przyłączył do oglądania. Film mnie bardzo poruszył a w szczególności zagmatwana sytuacja emocjonalna bohaterów, tym bardziej, że są to moi ulubieni aktorzy. Wiadomo, Olbrychskiego uważam za najlepszego polskiego aktora a Jandę…? Bardzo doceniam jej talent, podoba mi się jej temperament i gra, chociaż nie w każdej roli, w starszych filmach jej nie trawiłam, to nie był mój typ kobiety ani role przez nią grane nie były mi za nic bliskie. Zawsze miała ambitne, charakterystyczne role z głębią. Mój podziw dla jej gry, tak naprawdę, zaczął się po „tryptyku kulturalnego” w Teatrze Polskim gdzie grała (w piątek) „Shirley Valentine”, (w sobotę) Marię Callas, (w niedzielę) Marlenę Dietrich i trwa coraz większym stopniu do dzisiaj.

Po filmie byliśmy zgodni, dyskutowaliśmy o treści dopóki Zdziś nie wyskoczył z formą i wielkimi pochwałami dla reżyserii. Poczytał sobie opinie i nastawiony przez nie chciał się popisać. Czułam niedosyt rozmowy o treści, ponieważ losy bohaterów bardzo mnie poruszyły. Pestka- to ta głębia, każdy ją ma, ciało gnije, psuje się ale pestka zostaje, jest ważniejsza – rola Agaty- coś w tym rodzaju. To jest bardzo dobra sztuka, przede wszystkim dotyka wrażliwych miejsc, konfrontuje wnętrze i uczucia wrażliwego człowieka z warunkami zewnętrznymi, społecznymi układami, opiniami…  Bezradność, lęk, potęga miłości?

I pokłóciliśmy się przed spaniem, On skwitował, że to był smutny film. Mnie drażniła jego powierzchowność, skupianie się na formie albo rozpraszanie- wszystko jedno! Ja identyfikowałam się z bohaterką i rozumiałam jej zachowanie i byłam głęboko poruszona. W dodatku tak mnie rozbolał żołądek, że budziłam się w nocy, a już nad ranem nie spałam, nie miałam siły wstać i postanowiłam zostać w domu i trochę się wykurować. Wstałam, właściwie to zwlekłam się z łóżka w południe aby zrobić sobie coś do picia i zjedzenia. Bolała mnie głowa i było mi niedobrze od żołądka. Teraz jeszcze mnie boli ale już lepiej… Wieczorne placuszki, ciężkie wino, 200 brzuszków na siłę i nerwy-ot i skutek nerwuski.

Wirus

Dawno tu nie byłam. Zdzisiu usuwał wirusa, który rozprzestrzenił się na naszych stronach a także na Va. Jestem od tygodnia u Zdzisia, u nas w FURTH. Załatwiłam zwolnienie, kręgosłup mi ostatnio bardzo dokucza, zaniedbałam ćwiczenia, dostałam tydzień wolnego i mój Misiaczek zabrał mnie ze sobą. Tu wypoczęłam, wygrzałam się, poleniuchowałam. Codziennie masażyki, pieszczoty i jeszcze raz pieszczoty…

Mamy siebie trochę więcej i częściej zarówno w codzienności jak i w alkowie. Dobrze nam ze sobą.  Ale wszystko co dobre szybko się kończy, jutro wracam, jedziemy do Wrocławia, od poniedziałku znowu kierat. Lokale do wynajęcia, w pracy nazbierało się zaległości, a za tydzień przyjeżdżają dzieci: Paweł, Anetka z Niusią. Dzisiaj podczas kolacji w restauracji chińskiej, na którą zabrało mnie moje Kochanie, zadzwonił Paweł z Niusią. Sama Nina zaczęła rozmowę, robi postępy. Oczywiście bylo: -Ciupiłaś cioś, a cio ciupiłas? itp. Jak słyszę jej głosik to buzia mi się cieszy i serduszko mięknie. Jesteśmy po obfitej, wspaniałej kolacji: kaczka na rozgrzanej formie, z warzywami i dobre czerwone wino. Pyszna, chrupiąca… Teraz relaksujemy się przy drinku, a zaraz poleniuchujemy przed telewizorem.

Święta, święta i po swiętach…

20.12.12 wyjechaliśmy ze Zdzisiem do Irlandii w odwiedziny, a właściwie z „misją”. Misja miała w założeniu pomoc i zorganizowanie chłopakom: Pawłowi i Dawidowi świąt, a w głównej mierze opieka nad Ninusią i trochę bliskości z wnusią. W pracy, przed wyjazdem był młyn. Jestem tylko jedna na tym stanowisku i nikt mnie nie zastąpi a terminy gonią i zawsze dochodzą nowe sprawy, tyle na mojej głowie… Ze względu na mój wyjazd,  w zorganizowaliśmy wigilię w ostatni dzień mojej pracy. Zdzisiu już był, wiec zaprosiliśmy go do nas z gitarą. Ja zrobiłam sałatkę „śledź pod pierzynką”, Zdzisiu przywiózł winka… Każdy miał przydzielone zadanie. Było bardzo miło, ciepło. Jedliśmy, piliśmy i pod koniec śpiewaliśmy kolędy  przy akompaniamencie Zdzisia. Ja trochę byłam rozbiegana, ponieważ jak zwykle doszło jeszcze parę spraw, choćby zbiórka na PZU, a tu jeszcze trzeba coś wysłać, tu pokwitować, opłacić itp.,  itd…
Wylatywaliśmy z rana, po drodze zabraliśmy koleżankę Ewy Majki, którą zaopiekowaliśmny się na prośbę Ewy. Lot był opóźniony godzinę. W samolocie miałam dobre miejsce przy oknie, Zdzisiek zarezerwował tym razem miejsca i nie musieliśmy się stresować, było bardziej komfortowo. Na lotnisku czekał Paweł z Niną, była słodka. Tylko dopytywała się: „Bacia, a ciupiłaś cioś”?,  -taaaak?; -a gdzie prezent?  Przyjechalismy do mieszkania, które od niedawna wynajmuje Paweł. Mieszkanie ładne ale komfortu w nim żadnego. Brakowało wiele. Choinka była ładna. Było trochę problemów… Zdzisiu zajął się kuchnią, zagospodarował ją po swojemu. Nina jest już większa i bardziej kontaktowa, więcej mówi choć jeszcze nie całkiem wyraźnie. Jest absorbująca, lubi się bawić i wymyślać różne sytuacje. Na sukienkę mówi sienka, sio- jak chce być sama, cześć- taś… Zdzisiu ma dobre relacje z Niną, baaardzo mnie to cieszy, woła na niego wujek. Umie się z nią bawić, ma cierpliwość, dużo ciepła. Dobrze mi z nim, czuję się bezpiecznie, nawet leniwie. 
Wigilię spędziliśmy w czwórkę, z Pawłem i Dawidem. Wszystko wyszło bardzo dobre, Zdzisiu zrobił kawał  dobrejroboty. Ja tylko przyrządzałam, doprawiałam, dekorowałam. 
Był karp, barszcz z uszkami, pieczarki w smietanie, kompot z suszu, pierogi z kapusta i grzybkami, sałatka jarzynowa, galaretka z owocami i jabłecznik.
Dawid jeszcze dowiózł krewetki w cieście. Po kolacji zaserwowaliśmy drinki i obejrzeliśmy jakiś film. W pierwszy dzień świąt pojechaliśmy na wieś do Ani i Roy-a skąd mielismy odebrać Ninę. Teraz Aneta mieszka z mamą. Ania nas ugościła bardzo, Aneta za to była jakaś „fochsiasta”, niezbyt szczęśliwa. Kiedy jej mówiłam, że ma tutaj dobrze, dużą przestrzeń i pokoje, ona z przekąsem odpowiedziała: -Ale to nie moje! Straszna z niej egoistka…

Urodziny

Wprawdzie dopiero w środę ale ze względu na to, że wypadają w tygodniu i nie możemy ich świętować wspólnie, przełożyliśmy na sobotę – 17.11.12. Zdzisiu przyjechał jak zwykle w piątek, tym razem dużo wcześniej więc mogliśmy się dłużej sobą nacieszyć. Nasze spotkania zawsze sa dla nas świętem. W sobotę spaliśmy do woli a potem jeszcze miłosne igraszki, czułości na rozbudzenie… Wolne dni, nic nas nie pogania, możemy nacieszyć się bliskością, pieszczotami. Uwielbiam te poranki a właściwie przedpołudnia. Potem moje Kochanie wychodzi po świeże pieczywko, przynosi soczek do łóżeczka, zajmuje się przygotowaniem świątecznego śniadank a ja jeszcze leniwie przeciągam sie na łóżku i przedłużam to błogie uczucie wypełnienia, dopieszczenia. Wczoraj, w porze obiadowej przyjechał Andrzej, Zdzisiu dla niego kupuje figurki na EBAY. Rozliczyli, pogadaliśmy przy herbatce i ciachu. Potem zajęliśmy się szykowaniem do wyjścia, moje Kochanie zarezerwowało miejsce w eksluzywnej restauracji Mosaiq aby uczcić moje urodziny. Rzeczywiście restauracja wykwintna, a przez to droga. Jednak warto było, wspaniale! Obsługa, klimat, smaczne, wyszukane potrawy dodały wyjątkowości i podniosłości tego wieczoru. Była to prawdziwa uczta dla zmysłów. Delektowaliśmy się wybranymi potrawami. Zdzisiu wybrał dla siebie comber sarni a ja żabnicę i do tego wino stosowne do dania. Na deser ja zdecydowałam się na krem brule i espresso a mój Wybranek babeczkę z goracą czekoladą i cappuccino. Nie bez znaczenia było miejsce położenia tego lokalu, bowiem bezpośrednio po uroczystej kolacji, udaliśmy się do Teatru Współczesnego odległego dosłownie o kilkadziesiąt metrów na sztukę Szekspira „Kupiec wenecki”. Po zaspokojeniu potrzeb duchowych, w domciu celebrowaliśmy dalszy ciąg uroczystości. Dostałam sliczny prezent: złoty łańcuszek na nogę. Moje Kochanie dopełniło wszelkich staranności w organizacji oprawy wieczoru, prezentu… Lepiej nie mogłam sobie wymarzyć na tę chwilę…
Jest taki kochany, tak mi dobrze przy nim. 
Dzisiaj przebudzenie było tak samo czułe i namiętne. Spędzilismy ze sobą całą niedzielę, a teraz Zdzisiu jest w drodze do Furth.
 Aby szczęśliwie dojechał, będe czekać na wiadomość od niego.

Stos emocji

Tyle się ostatnio dzieje, czas pędzi jak zwariowany. Dobrze, że ostatni weekend trochę odreagowałam i poleniuchowałam. Będąc w Furth u mojego mężczyzny też się zrelaksowałam i odpoczęłam. Do Wrocławia przywiózł mnie Zdzisiu, w dzień wyjazdu pojechaliśmy do tajlandzkiej restauracji na pyszną chrupiącą kaczkę. Baaasrdzo smakowało na tle czerwonego wina, w tajlandzkim klimacie delektowaliśmy się gorącym daniem, a potem objedzeni ruszyliśmy w drogę do Wrocławia. Oczywiście jak zwykle prowadzi mój Misiaczek. On uwielbia jeździć a ja uwielbiam siedzieć obok:) Jechał dosyć szybko, mamy teraz porządny samochód na takie podróżowanie. Przy nim czuję się bezpiecznie w każdej sytuacji. Jest bardzo troskliwy i opiekuńczy. Nigdy wcześniej tego nie doświadczałam w takim stopniu. Czasami czuję się jak małe dziecko, nie muszę martwić się o przyziemne drobiazgi. 

Zdzisiu od soboty ma gościa-swoją córkę, dzisiaj pewnie wyjeżdża już do siebie. Ja mam cały tydzień wypełniony.  Przedwczoraj zakupy: coś na prezent dla mamy a przy okazji za namową Zdzisia, kreację i łsłodką koszulkę, pończoszki dla siebie. Nie musiał mnie specjalnie namawiać, trochę zachęcił oczywiście. Potrzebowałam tego, ostatnio tyle wydaję na ciuchy dla siebie, że aż mam wyrzuty sumienia, nic nie odkładam. Ze swoich to nie ma za bardzo z czego a Zdzisiu jest taki kochany, że ostatnie pieniądze pewnie oddałby aby sprawić mi radość. Czaami mam takie myśli, że wykorzystuję to. 

Wczoraj, po pracy trochę czasu spędziłam w kuchni a potem zrobiłam trening, poskładałam część prania, trochę TV i bardzo póżnym wieczorem zadzwonił Dawid. Trochę mnie zasmucił ale nie tak bardzo. Ma pracę, tylko mało godzin i ciężko mu się utrzymać. Najważniejsza praca a oszczędzać i liczyć na siebie musi się uczyć. Zawsze przy rodzicach nie będzie:)

Zdzisiu wykupił nam bilety do Dublina od 20.12.2012 do 4.01.2013. Zatem Święta i Nowy Rok będziemy witać w Irlandii. Będę mogła pomóc dzieciom dzięki mojemu Kochanemu. Dzisiaj są urodziny mamy, toteż jadę do Borowej  z prezencikiem i życzeniami. Dzisiaj też basen, prosto z Borowej pojadę na Stadion.  A Zdzisiu jest w Diseldorfie na tagach ze swoim szefem, gdzie prezentują prototyp urządzenia, które w dużej mierze jest zasługą mojego Misiaczka. 🙂 Teraz jeszcze muszę załatwić parę spraw. Jutro już piątek i przyjeżdża moje Kochanie:)

Furth

Dobrze mi tu, odpoczywam, mam dużo czasu dla siebie, dla rozwijania swoich zainteresowań, na poukładanie myśli, zaległości kulturalne i intelektualne.
Trochę dokucza mi kręgosłup ale to skutek przeszłości no i nie oszukujmy się znak czasu:)

Dzisiaj na „Kulturze” oglądałam wspomnienia artystów kabaretowych (Tyma, Gołasa, Młynarskiego i innych z tego okresu…) o Jerzym Dobrowolskim. Wypowiedzi  były nie tylko jako o artyście ale i jako człowieku, wypowiadała się o nim również ostatnia żona, siostra… Był bardzo ciekawą, specyficzną ososbowością. 

Zdzisiu jest w pracy, wszystko mi przygotował, zaopatrzył we wszysko. Rano na laptopie zastałam przyklejoną karteczkę z serduszkiem i powitaniem na dzień dobry. Słodko…:)
Rano ze względu na pogodę nie byłam na spacerku, zrobiłam rytuały. Teraz się rozjaśnia i kusi mnie wyjście. Potem po kąpieli nie będzie to realne.