jaki geniusz namalował twój portret
miękką linią, w plamie słońca na liściach,
która dzieli twoje usta od kwiatu –
taka bliska chociaż taka odległa?
czyje drżenie obudziło cię rano
z ciepła nocy w chłodny zamysł poranka,
w długą drogę po zimowym ogrodzie
pośród malw tych, czekających na słońce?
czyje usta zaznaczyły – czerwienią
ust twych zarys – czernią jedwab twych włosów?
czyje oczy utonęły w twych oczach
i powieki – dwa spłoszone motyle…
