Oklaski, dobiegające zza ciężkiej, pluszowej zasłony, oddzielającej scenę auli szkolnej od zaplecza, stanowiły sygnał, że za chwilę na nas kolej – wraz z kolegą z mojej klasy, B., robiliśmy za konferansjerów na akademii szkolnej, sam już nie wiem, z jakiej okazji. Po zakończonym występie kolejnej grupy uczniów mieliśmy zapowiedzieć następny numer, przygotowany przez pierwszoklasistów. My – już w drugiej klasie – z prawie że ojcowską pobłażliwością patrzyliśmy na grupkę dziewcząt, stojących u podnóża schodków, wiodących ze świetlicy na zaplecze sceny.
– Trema? Nie przejmuj się, na pewno wszystko się uda – pocieszyłem stojącą tuż przede mną pierwszoklasistkę. Tuż przede mną i o schodek niżej, tak więc widziałem tylko burzę czarnych loków, opadających na ramiona białej bluzeczki – jak to wypada na szkolnej akademii. Podniosła na mnie wzrok i wtedy zobaczyłem po raz pierwszy jej twarz. Twarz tak piękną, że aż mi zaparło dech w piersi.
Fale czarnych włosów otaczały jak wodospady jej owalną twarz o delikatnych rysach. Wysokie czoło, oczy lśniące jak czarne diamenty pod doskonałymi łukami brwi, malutki i zgrabny, leciuteńko orli nosek i usta o subtelnym wykroju, a jednak pełne i rozchylone leciutko, jakby zachęcające do pocałunku. Oszołomiony tym zjawiskiem chciałem – pchnięty nieodpartym impulsem – pochylić się nad nią i dotknąć ustami tego czoła – o dotknięciu ustami jej warg nawet nie śmiałem marzyć. Na szczęście zreflektowałem się i wymruczałem tylko coś jeszcze, żeby pokryć moją konsternację. Kilku uczniów, schodzących ze sceny, rozdzieliło nas – czas na występ konferansjerów…
Sam nie wiem, jak wypadła ta konferansjerka, pamiętam, że w pewnym momencie powiedziałem coś, co wywołało wyraz niezadowolenia na twarzy pani G., odpowiedzialnej za „życie kulturalne” szkoły. Po zejściu ze sceny wyczekiwałem końca występu, chcąc jeszcze raz ją zobaczyć… może zagadnąć…
Jej uroda onieśmieliła mnie zupełnie. Nigdy nie byłem zbyt pewny siebie, zwłaszcza, jeżeli chodzi o dziewczyny. Nie uważałem się za przystojniaka i miałem w tym czasie za sobą już kilka niezbyt zachęcających prób zbliżenia się do tej, czy innej koleżanki szkolnej. Zwłaszcza T. budziła moje zainteresowanie i od pierwszej klasy już zabiegałem na próżno o jej względy. T. bawiła się mną. Kiedy oddalałem się od niej i wydawało się, że już mam to za sobą, nagle stawała się przystępna i zachęcająca, szukała mojego towarzystwa, pozwalała się zabrać na spacer, a nawet pocałować. Aż do momentu, kiedy znowu owinęła mnie wokół palca. Wtedy stawała się oschła, niecierpliwa, unikała mnie i o spotkaniach poza szkołą nie było już mowy.
Nic dziwnego, że powiedziałem sobie od razu: u tej ślicznotki nie masz najmniejszych szans.
Widywałem ją często na korytarzu – chodziła o klasę niżej i do liceum, więc nie mieliśmy zbyt wielu okazji, które mogłyby nas w jakiś sposób zbliżyć. Pomimo, że chodziliśmy do tej samej szkoły, uczniowie technikum i liceum nie mieli ze sobą zbyt wiele wspólnego, nawet programy nauczania i nauczyciele byli różni – w dużym stopniu. Oczywiście, chłopaki z technikum kręcili się wokół licealistek – klasy licealne miały zdecydowaną przewagę liczebną dziewczyn. Także i moja piękna nieznajoma – jakże by inaczej – była ciągle otoczona przez gromadę chłopaków, zabiegających na wyścigi o jej względy.
Jeden raz dane nam było stanąć razem na scenie – rok później i przez przypadek. Siedziałem sobie w świetlicy, jak często po zajęciach i brzdąkałem na pianinie. Na scenie odbywała się próba zespołu muzycznego, pod kierownictwem profesora T.
Wypada wspomnieć, że był to nowy skład zespołu. Przedtem oficjalny zespół szkolny składał się z uczniów klasy o rok starszej od mojej. Od pierwszej klasy robiliśmy też temu oficjalnemu zespołowi konkurencję – to znaczy, wolno nam było po próbach tego zespołu „wejść na instrumenty” – za to musieliśmy potem posprzątać i poskładać sprzęt. Byliśmy więc niejako drugim składem, chociaż tak naprawdę to wystąpiliśmy tylko raz – nie chcieliśmy grać oficjalnie zalecanych i mile widzianych utworów, a utworów zachodnich grup rockowych nie grało się wtedy na akademiach. Po jednym takim występie dostaliśmy zakaz wstępu na scenę i zakaz prób.
Tak więc wysiadywałem w świetlicy i próbowałem nauczyć się „Marsza tureckiego” na pianinie, kiedy profesor T. otworzył drzwi do sceny i zaproponował mi udział w próbie. Okazało się, że basista zespołu się rozchorował i nie mogli bez niego wystąpić. Co prawda bas nie był „moim” instrumentem, ja grałem w naszym zespole na gitarze, ale zgodziłem się. Na scenie, oprócz gitarzysty, młodzika z blond czupryną i perkusisty, W.P., stały przy mikrofonie dwie dziewczyny – jedna z nich to była właśnie ona – w międzyczasie już wiedziałem, jak ma na imię. Profesor T. zajął miejsce przy organach elektronicznych i próba potoczyła się bez przeszkód. Nawet, jeżeli wtedy miałem jeszcze choć odrobinkę nadziei, to dałem sobie spokój, widząc, jak perkusista pożerał ją wzrokiem, a i ona wydawała się posyłać mu od czasu do czasu uśmiech, który mógłby stopić pół Antarktyki. Próba ta była jedynym moim wkładem do występu zespołu – jeszcze przed akademią wyzdrowiał ich basista, z czego bardzo się cieszyłem, bo nie chciałem publicznie przykładać się do takiego „ulizanego” i „politycznie poprawnego” występu. Zapamiętałem jeszcze jej głos – matowy, ciepły – bardzo ładnie śpiewała, choć wydawało się, że tonacja tego utworu nie pasowała do jej skali głosu. „Nie wierzcie piechocie…” – śpiewała potem na akademii, jak zwykle w białej bluzeczce i czarnej spódniczce. Sen, który przyśnił mi się tylko raz…
Nie było nam dane spotkać się w sytuacji bardzie sprzyjającej bliższemu poznaniu się. Każde z nas miało swój krąg przyjaciół, swoje problemy, swój własny, intymny świat. A jednak nie zapomniałem nigdy jej twarzy, burzy czarnych włosów i tego jedynego, niepowtarzalnego uczucia zniewalającego ciepła i czułości, które było mi przez chwilę dane – przez tę pierwszą i jedyną chwilę, kiedy dzieliły nas tylko centymetry … i cały świat…
Straciłem ją z oczu… Po trzeciej klasie poznałem na OHPie moją przyszłą małżonkę – pierwszą, dodajmy dla porządku. Moje życie zmieniło się, ja też się zmieniłem, a raczej zostałem zmieniony – ukształtowany według upodobań i gustów mojej „pierwszej”. Po maturze poszedłem do pracy, do kopalni miedzi, na rok. Potem na studia do Opola. Pobraliśmy się, na trzecim roku, tuż po stanie wojennym urodził nam się syn. Po studiach – rozwód. Po roku służby wojskowej powróciłem na uczelnię, jako asystent. Poznałem moją „drugą”, po roku ślub, po dalszym roku urodziła się nam córeczka. Po pięciu latach pracy na uczelni, zniechęcony brakiem perspektyw na cokolwiek wyjechałem z kraju z żoną i dziesięciomiesięczną córcią. Dwadzieścia lat temu. Ale to już zupełnie inna historia.
Kilka razy próbowałem odnaleźć moich przyjaciół ze szkolnej ławki. Niestety, szkoła nasza została zamknięta, poszukiwanie poszczególnych osób nie dało rezultatu. Pewnie, gdybym pojechał do kraju i porozglądał się, znalazłbym na pewno kogoś – to jednak nie wchodziło w grę, nie chciałem tam jechać, trochę ze strachu (w końcu wyjechaliśmy swego czasu niezbyt legalnie) . Przed dwoma laty, tak z miesiąc przed Bożym Narodzeniem zostałem zaproszony do udziału w portalu Nasza Klasa – jak się okazało, nie tylko prawie wszyscy z mojej byłej klasy, ale także wielu byłych uczniów naszej szkoły było już na tym portalu.
Sam nie wiem, jak to się dokładnie stało. Chyba zobaczyłem ją pośród „znajomych” któregoś z moich kolegów. A może na forum, albo pośród nowo opublikowanych zdjęć (co raczej wykluczam, bo nie należała ona jeszcze wtedy do grona moich znajomych, a zdjęcia dodane przez wszystkich zmieniają się za szybko, za często). Poznałem ją od razu, choć zamiast burzy loków miała elegancką, szykowną i „wygładzoną” fryzurę. Jednak ta twarz, te wyraziste i lśniące jak ognie oczy – nigdy tak naprawdę ich nie zapomniałem… pamiętam, że zagadnąłem ją, coś w tym rodzaju: „gdzie się podziała ta burza loków” … wkrótce też miała urodziny, więc złożyłem jej życzenia – napisałem: „jesteś najwspanialszym podarunkiem dla tego świata – zostań sobą”… i wtedy uświadomiłem sobie, że moje szanse na cokolwiek zmalały do zera. Nie tylko nie byłem już „młody i piękny” – na dodatek dzieliły nas setki kilometrów. Poza tym ona wydawała się być szczęśliwa z jej małżonkiem – jeżeli przyjrzeć się zdjęciom, które zamieszczała w swojej galerii – i z jej synami. A ja cóż? Podwójny rozwodnik, właśnie w trzecim związku, który zaczynał powoli wykazywać symptomy rozpadu… przestałem pisać do niej. Jakież było moje zdziwienie, kiedy to ona mnie zagadnęła. Zaczęliśmy pisać do siebie. Coraz więcej, coraz częściej. Nadeszły Święta, potem Nowy Rok. Kilka dni po Sylwestrze moja „towarzyszka odcinka życia” poinformowała mnie, że zamyka ten rozdział – nie całkiem nieoczekiwanie i szczerze mówiąc, bardzo mi na rękę.
I tak rozpoczyna się moja opowieść.

4 myśli na temat “Prolog”
Możliwość komentowania jest wyłączona.